W bogatym repertuarze bajek Śląska Cieszyńskiego mamy i taką w sam raz na dzisiaj. Było to tak:
Dawno (a może i nie tak dawno) temu, mama z synkiem szła przez las do kościoła.
Naraz dzieciak pokazał palcem na tajemnicze schodki wiodące w dół. Zaciekawiona matka poszła tam, gdzie prowadziły – do wejścia do podziemnej groty.
W grocie jej oczom ukazały się nieprzebrane skarby. Do fartucha i kieszeni zdołała nabrać trochę złota, ale, chcąc więcej, posadziła chłopca na beczce z dukatami i pobiegła do domu po wiadra.
Gdy wróciła do lasu, nie było już ani schodków, ani groty, ani jej syna.
Zrozpaczona, przez cały rok płakała i modliła się żarliwie o powrót dziecka. Całe znalezione złoto rozdała ubogim.
Dokładnie po roku, przechodząc przez ten sam las, ponownie zobaczyła schodki.
Zbiegła do groty czym prędzej, a tam, na tej samej beczce, jakby nigdy nic, siedział jej roześmiany synek.
Kobieta nawet nie zwróciła uwagi na złoto i klejnoty. Chwyciła chłopca w ramiona i, szczęśliwa jak nigdy, pobiegła do domu.



