Ilustracja: Hubert Tereszkiewicz
Stało się. W Cieszynie dojdzie do referendum odwoławczego. Głównym jego celem jest obecna burmistrzyni, Gabriela Staszkiewicz (pospołu z radą miasta). Myślę, że dla wielu z nas to całkowita egzotyka. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek Cieszyn był świadkiem takiego wydarzenia. Nawet zasady jego odbywania się przypominają czarną magię, choćby przez to, ilu głosów potrzeba, by burmistrzynię skutecznie odwołać. A szkoda, bo samorząd powinien być nawet nie kolebką, ale oazą – bijącym źródłem demokracji i partycypacji. Głosowania w sprawach ważnych dla lokalnego środowiska powinny być dla nas chlebem powszednim, a nie czymś rzadkim czy wręcz niespotykanym.
Bujać słonia, a nie nas!
Powiedzmy sobie szczerze: obecny system władzy terytorialnej w Polsce nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań. Od lat słuchamy frazesów, jakim to wspaniałym projektem jest samorządność. W końcu istnieje blisko ludzi, nie jest związana z rządem i zaspokaja realne potrzeby Polaków. Szkoda tylko, że w praktyce ta sielanka to często rozsadnik gnuśności, kolesiostwa i układów, a doskonałe warunki dla rozwoju tej grzybni zapewnia przede wszystkim wyjątkowo długa, bo aż pięcioletnia kadencja, dzięki której lokalni włodarze mogą wygodnie rozsiadać się w swoich fotelach, spokojni o perspektywy zawodowe.
A jeśli jeszcze wspiera ich partia taka jak PSL, która od lat obsiada samorządowe stołki niczym stonka ziemniaki, to już w ogóle nie ma się o co martwić. Zresztą, tak zwani ludowcy swoją dominację chcą ugruntować jeszcze mocniej ze szczebla centralnego. W końcu to oni są najbardziej zagorzałymi orędownikami zniesienia dwukadencyjności w samorządach, a więc przepisu, który stanowi, że wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast nie mogą sprawować swojego urzędu dłużej niż przez dwie kadencje. Już w obecnych realiach kierować gminą można przez dekadę, ale najwidoczniej dla polskich parlamentarzystów to wciąż mało, gdyż ustawa została przyjęta w pierwszym czytaniu i skierowana do pracy w komisjach.
Po co nam ten samorząd?
Byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie było tak irytujące. Wszystko wskazuje na to, że mainstreamowe partie chcą, by Polska powiatowa pozostała ich prywatnym folwarkiem, gdzie można obsadzać zaufanych ludzi. Tak jednak nie musi być. Powinniśmy szukać alternatywy.
Sam pomysł samorządności jest bardzo dobry, tylko realizacja wyszła jak zwykle. Jestem gorącym zwolennikiem daleko posuniętych, a wręcz radykalnych reform w tym obszarze. Trudno mi zaproponować jakąś usystematyzowaną wizję – to zostawiam politykom – ale jedno jest pewne: w miejsce obecnego, zacementowanego tworu potrzebujemy demokracji, demokracji i jeszcze raz demokracji.
Przede wszystkim samorząd powinien dopuszczać możliwie jak największą grupę obywateli do podejmowania decyzji możliwie jak najczęściej. Zamiast zarządzaniu, powinien służyć dbaniu o wspólny interes lokalny, prowadzeniu jak najszerszej debaty oraz dopuszczaniu do głosu każdego, kto ma coś do powiedzenia.
Jest całkowitym absurdem, że władze samorządowe nie różnią się niczym od tych centralnych, za wyjątkiem skali. Jeżeli chcemy, aby ludzie interesowali się sprawami publicznymi, to musimy dać im poczucie sprawczości i zaufanie do mechanizmów partycypacji.
Bardzo istotnym czynnikiem jest też skrócenie kadencji. Już i tak dajemy wybieranym przez nas urzędnikom wyjątkowo dużo czasu, a zniesienie dwukadencyjności wydłuży ten okres jeszcze bardziej, zaprzeczając sensowi istnienia samorządów jako takich. Sądzę, że dwa lata to maksimum w tym kontekście, choć odnoszę wrażenie, że to i tak trochę za dużo.
Częste zmiany nie tylko dawałyby większe poczucie sprawczości, ale też wpuszczałyby więcej świeżego powietrza, a kolesiowskie układy byłyby łatwiejsze do rozbicia. Krótka kadencja może też spowodować, że będzie o wiele trudniej zostać zawodowym samorządowcem, jakim był chociażby niesławny Jacek Majchrowski, który rządził Krakowem ponad dwadzieścia lat.
Siódmego grudnia skorzystajmy z demokracji
Osobiście jestem rozdarty w kwestii referendum. Z jednej strony uważam Gabrielę Staszkiewicz za niezbyt dobrą burmistrzynię, z drugiej doskonale zdaję sobie sprawę, jakie siły zainicjowały to referendum. Nietrudno się domyślić, że w razie jego powodzenia, w przyspieszonych wyborach wystawią swojego kandydata. Ta perspektywa nie napawa mnie optymizmem. Oczywiście samo referendum nie przesądzi o tym, kto zostanie nowym burmistrzem, natomiast nie sposób ocenić, czy warto podejmować to ryzyko. Ja mam zamiar wstrzymać się od głosu, ale zachęcam Was do wyrażenia swojej opinii w tym temacie, bez względu na to, jak zagłosujecie i czy w ogóle to zrobicie.
Przy tej okazji pamiętajmy o sprawie dwukadencyjności i przypominajmy politykom, czym tak naprawdę powinien być samorząd. Bo na pewno nie prezentownikiem, z którego partie nagradzają swoich lojalnych popleczników.



