Nie mogę o tym nie napisać, nie wysłać sygnału, że warto sięgnąć po powieści Anandy Devi, których kilka opublikowano dzięki Wydawnictwu w Podwórku, a część przy wsparciu Wydawnictwa Uniwersytetu Śląskiego.
Mariola (szefowa kawiarni Kornel i Przyjaciele) zwróciła mi uwagę na „Zielone sari”, podkreślając odrębny i szczególny język, którym autorka, Ananda Devi, posłużyła się w tkaniu historii. Jestem łasuchem pod tym względem. Słyszę „język” i od razu mam apetyt na treść.
Zaskoczyła mnie cena wydań, bo każda z powieści, które zabrałam z półki, kosztowała poniżej 40 zł, a zarówno papier wydania, jak i jego oprawa są dosłownie wyśmienite. Z tym nie kojarzy mi się wydawnictwo rodzimego uniwersytetu, a gdańskiego, w Podwórku, nie miałam okazji poznać wcześniej.
Przyznam, że podwójne okładki uwiodły mnie. Proste, skromne, a przy tym wystarczająco dekoracyjne, z przekazem. Zmienia się ich kolor i maleńki obrazek pod tytułem. Skrzydełka obwoluty mogą stanowić zakładkę.
„Zielone sari” i „Ewa ze swych zgliszcz” – te dwie znalazłam stacjonarnie, w Kornelu i Przyjaciołach. Lekturę zaczęłam od “Zielonego sari”. To książka o przemocy – trudnej, dusznej, nie do zignorowania, bo często zapamiętanej z własnego domu, wymierzonej ręką najbliższej osoby. Jej siła bierze się z perspektywy. Historię opowiada, ku mojemu zaskoczeniu mężczyzna, nie kobieta, co początkowo odbierałam jako błąd. Dzięki temu przemoc odsłania się inaczej. Nie jest tezą ani ilustracją teorii. Jest doświadczeniem.
Można tu znaleźć tropy feministyczne, ale nie są punktem wyjścia, nie są jako takie istotne. Devi nie pisze z poziomu teorii. Pisze od środka. Z ciała, z pamięci, z relacji, co czyni książkę ważną nie tylko dla kobiet cztelniczek.
Tekst płynie. Ma rytm, melodię, własny język. Od pierwszej strony wchodzimy w rejestr wysokiego napięcia. Narrator mówi bezczelnie, agresywnie, bez potrzeby usprawiedliwienia:
„Jestem mężczyzną i niedługo umrę. (…) A wy, ludzie, którzy krzyczycie zbyt głośno, nie mając nic do powiedzenia, wysłuchajcie mnie, jeśli chcecie, a jak nie, to spieprzajcie stąd. Wszystko mi jedno”.
Czytanie jest wysiłkiem. Zaciska żołądek. Wracają znajome mechanizmy przemocy. Wchodzimy w coś na kształt spowiedzi – ale bez nadziei na rozgrzeszenie.
Devi, Indo-Maurytyjka pisząca po francusku, buduje szczególne napięcie. Forma jest europejska: zdyscyplinowana, świadoma rytmu i metafory. Treść – peryferyjna, zakorzeniona w doświadczeniu przemocy. To spotkanie działa. Sprawia, że historia staje się niepokojąco bliska.
„Jest tylko jedno słowo oznaczające przemoc, ojcze. Tym słowem jest przemoc”.
Narrator nie zyskuje współczucia. Traci wyrazistość. Blaknie. Jak tytułowe sari – trupiozielone. Na końcu zostają kobiety. Konkretne, cielesne, prawdziwe. I ciało sprawcy, które rozpada się w coś martwego, bez znaczenia.
Rzecz jasna, narratorowi nie udaje się uzyskać ani przebaczenia, ani współczucia czy wyrazistości. W trakcie traci swoją Judymowość, blaknie, jak tytułowe sari staje się trupiozielony. Przestaje wyglądać, a na koniec ujawniają się kobiety – bohaterki prawdziwe, z krwi i kości, z odrzuconym sari. Kolejna odpadająca część ciała martwego oprawcy, które za chwilę będzie wyłącznie rojowiskiem robaków. Uśmiech.
„Ewa ze swych zgliszcz” jest wcześniejszą powieścią Devi, chociaż dla mnie jakby dojrzalszą. I tutaj przemoc odgrywa szczególną rolę, ale jest ona podporządkowana zupełnie odmiennej perspektywie, bo widziana jest przez ofiarę (pomnożoną spojrzeniami trojga innych bohaterów), a nie z perspektywy sprawcy. W tej lekturze mocniej odczuwamy siłę struktury, porządku społecznego, podtrzymującego także to, co złe. W „Ewie…” znacznie więcej jest ciała, czyli tego, co dla nastolatków jest przedmiotem desperackiej walki o przetrwanie teraz i w przyszłości (taki wiek!). Ciało jest polem walki, w przypadku bohaterki bezkompromisowej. Czytamy o nastolatce, która każdemu, kto tylko zechce, oddaje swoje ciało jako swój cień twierdząc, że „im więcej mnie dotykają, tym bardziej jestem dla nich nieosiągalna”. To jest jej hipoteza, którą w każdym akcie sprawdza i zakłada, że ma rację, że uniknie losu matki – ciała skradzionego przez męża.
Bezużyteczność – słowo, które łączy obie książki. Bezużyteczność dotychczasowych wzorców (zwłaszcza mężczyzn pisanych przez siłę i kobiet przez uległość, bo globalizacja i kapitalizm poradziły sobie z nimi zamieniając na coś, co już nie zadziała).
Chciałabym jeszcze dodać, że nie do przecenienia jest w tych wydaniach rola prof. Krzysztofa Jarosza, który przełożył obie książki i opatrzył je komentarzem. Nie pozostał w typowej roli translatora. Zdecydowanie jest obecny chociażby w przypisach i odwołaniach.
Twórczość Anandy Devi pojawiła się w Polsce stosunkowo niedawno (w 2018 roku), obejmując dotąd sześć tytułów – od przełomowych powieści „Zielone sari” i „Ewa ze swych zgliszcz” po nowsze zbiory i eseje („Żywoty wykluczonych” – 2024; „Życiopisanie. Dwa eseje” – 2025), które systematycznie budują jej obecność w polskim obiegu literackim. Publikacje Devi w Polsce funkcjonują w modelu stopniowo instytucjonalizowanej współpracy – od pojedynczego wydania (Zielone sari) po wyraźnie ukształtowany projekt edytorski współtworzony przez Wydawnictwo w Podwórku i Uniwersytet Śląski w ramach serii Frankofonia Literaria. Bardzo mnie to cieszy. Swoją drogą Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego ma się czym chwalić.



