Dzielę się dziś z Wami moim skromnym, ale dość długim doświadczeniem w uprawie roślin jadalnych na balkonie. Moimi ulubieńcami są zdecydowanie pomidory, które zawsze się udają, a mnogość odmian przyprawia o zawrót głowy.
Jak to wszystko się zaczęło?
Kilkanaście lat temu na pewnym niezwiązanym z ogrodnictwem forum ktoś podzielił się zdjęciem rosnącej na parapecie Rodziny Papryczków. Krzaczki wyhodował z nasionek wydłubanych ze sklepowej papryki. I wtedy coś mi kliknęło w głowie. Wow! To tak można? Ja też chcę!
Tak zaczęła się moja przygoda z balkonowym ogrodnictwem. Wyczytałam gdzieś, że podobnie można uprawiać pomidorki koktajlowe. Nie pamiętam już dokładnie, czy pierwsze były rozsady wyhodowane z nasionek wydłubanych ze sklepowego pomidora, czy zakup dwóch nieoznaczonych do dziś odmian w ogrodniczym, ale szybko okazało się, że zadanie jest wykonalne i w sumie proste, a ogranicza nas tylko miejsce i zasoby czasowe, ekonomiczne itd. Pomidor, zwłaszcza miniaturowej odmiany, urośnie bowiem w najmniejszej doniczce – najwyżej będziemy mieć mniejsze plony. O ile nie planujemy handlować, może to być tak samo satysfakcjonujące, jak postawienie foliowego tunelu na działce i pełnowymiarowa uprawa.
No dobrze, ale jak zacząć?
W tym roku na sianie rozsady już za późno, ale wciąż można kupić sadzonki na cieszyńskim targowisku albo zaopatrzyć się np. w grupie Parapetowe nadwyżki lub Uwaga, śmieciarka jedzie – Cieszyn.
Jeśli chodzi o wybór doniczek, to lepiej wybrać wyższe i wąskie niż szerokie i płytkie. Optymalnie – jednocześnie szerokie i wysokie. Pomidor ma bowiem rozległy system korzeniowy. Podłoże wystarczy uniwersalne, bo i tak będziemy nawozić. Ważną sprawą jest, w miarę możliwości, używanie podłoży beztorfowych, ze względu na degradujący dla środowiska przemysł wydobycia torfu.
Pomidory sadzimy dość głęboko, aż po pierwsze listki, a jeśli zdarzy nam się złamanie – staramy się je naprawić, ew. oderwać roślinę w miejscu złamania i ukorzenić ponownie w wodzie. Po posadzeniu oczywiście obficie podlewamy (i kontynuujemy to codziennie), a także nawozimy – zazwyczaj rzadziej. Czym? Nawozami dedykowanymi, nawozem do warzyw w granulacie (zazwyczaj powstaje on z przekompostowanego obornika), sprawdzi się też nawóz w płynie do pelargonii. Nie używamy uniwersalnych nawozów do roślin zielonych, bo mają za mało potasu i fosforu, a chcemy mieć przecież owoce, a nie tylko dużo ładnych, zielonych liści.
Sadzimy, podlewamy i patrzymy, jak rosną, a potem co rano biegniemy na balkon i liczymy kwiatki i owocki. Pamiętamy oczywiście o palikach czy innych podpórkach, ewentualnie linkach podpiętych do sufitu, Krzaczki starannie przywiązujemy, bo taki np. black cherry potrafi się spektakularnie złamać.
Możliwe problemy
Oprócz objawów niedożywienia, przypalenia słońcem itp. na pomidory czyhają inne problemy – owady, roztocza, choroby grzybowe. Z czego wg mnie najgroźniejsze są te ostatnie – konkretnie chodzi mi o zarazę ziemniaczaną. Co prawda, jeszcze mnie to nieszczęście nie dotknęło, ale jeśli masz przed oknem pole ziemniaków, i w dodatku często wieje stamtąd wiatr, to może być różnie. Warto wtedy wybrać odmiany oznaczone jako odporne na ZZ.
Jeśli nie pomidory, to co?
Wiele osób uprawia paprykę, szczególnie jej rozmaite ostre odmiany. Chili, Cayenne, Jalapeno. Tutaj kombinowanie z własnym zbiorem nasion zazwyczaj kończy się zapyleniem krzyżowym i kompletnymi niespodziankami, zarówno jeśli chodzi o kolor i kształt, jak i o ostrość. Ale jeśli ktoś lubi niespodzianki, to nic nie stoi na przeszkodzie.
Na balkonie udają się także sałaty, buraki liściowe, rzodkiewka, fasolka szparagowa, fasolnik chiński, ogórki, ba, nawet cukinie czy dynie. No i oczywiście truskawki, poziomki, a nawet porzeczki, maliny czy agrest, jeśli ktoś chce im poświęcić odpowiednio dużo miejsca.
Środki ochrony roślin
Używałam, ale już tego nie robię. Dlaczego? Ponieważ, po pierwsze, mam zwierzęta, a po drugie, pogodziłam się z tym, że owady też mogą, a nawet muszą żerować na roślinach. Zabijając jedne, szkodzimy też innym. W zasadzie jedynym poważnym problemem są dla mnie przędziorki, które lubią ciepłe, słoneczne stanowisko na zadaszonym balkonie. Dlatego też skupiam się na pomidorach, bo te za nimi nie przepadają. Co innego papryka, truskawki czy fasola. Z tej ostatniej niestety musiałam zrezygnować. Saszetki z drapieżnym dobroczynkiem nie pomogły.
Oczywiście, dla chemicznych środków są pewne alternatywy – opryski olejowe, soda oczyszczona, olejki eteryczne czy roślinne gnojówki (na balkon nie polecam). Ale jeśli coś ma zabić, to zabija tak samo wszystkie organizmy. Słabego roztworu sody używam jednak do tego, aby zmienić pH na powierzchni liści, dzięki czemu chorobotwórcze grzyby podobno trudniej się rozwijają.
Najdziwniejsze/ najciekawsze rośliny, które wyhodowałam
Tutaj wymienię pasternak – marzyłam o nim, ale wyrósł raczej niewielki (malutkie, kuliste marchewki – w sam raz na przekąskę dla dzieci), fasolnik chiński – bardzo długa zielona „fasolka szparagowa”, papryka Okrasny Zvonek – smakowo bez szału, ale wyglądała prześlicznie, a nawet ziemniaki! No i oczywiście pomidory o dziwnych kształtach, efekt nieusuwania staśmionych kwiatów.
Co w tym tak naprawdę fajnego?
Na pewno nie efekt ekonomiczny, tylko to, że mamy swoje własne warzywa i owoce nawet w niewielkiej ilości, ale wiemy, skąd pochodzą, jak wyrosły i możemy się tym cieszyć. Dodam, że latem praktycznie wcale nie kupuję pomidorów, a ostatnie zjadam dopiero w grudniu, a nawet później. Absolutnym hitem dla mnie w ostatnich latach jest Bawole Serce, które świetnie udaje się na balkonie – a wcześniej sądziłam, że tak dużych owoców w ten sposób uprawiać się nie da.



