Skip to main content

W ubiegłym tygodniu musiałam zrezygnować z rowerowej wyprawy z uwagi na zagrożenie upadkami na śliskiej jezdni. Mam rower szosowy, więc gładkie i wąskie opony. Nie dawało mi to jednak spokoju. Zarówno poszukiwania w Internecie, jak i wiedza chłopaków z Totemu i Marcina Szuwar Bike, z którymi te wszystkie znaleziska skonfrontowałam jasno wskazywały, że jeśli wymienię opony, pedałowanie będzie możliwe także między listopadem a marcem.

Wymiana opon na zimowe

Jeśli samemu potrafi się wymieniać ogumienie, trwa to pewnie jedno wolne popołudnie. Ja, niestety, nie mam do tego ani cierpliwości, ani czasu. Nie wiem też, jak to zrobić, ale lubię korzystać z punktów, gdzie mamy od tego fachowców. Mam tam zagwarantowaną zarówno jakość usługi, jak i świetną, tematyczną pogawędkę. Po negocjacjach wybrałam opony, których część brzegowa bieżnika przypomina plaster miodu. Niestety, nie są tak wąskie ani tak lekkie jak te, które oryginalnie są częścią mojego pojazdu, ale za to dzięki nim mogę dalej jeździć. Struktura ich powierzchni, włącznie z gumowymi „kolcami” (wyglądają raczej jak igły), decydują o moim większym bezpieczeństwie w warunkach zimowych na drogach.

Motywacja wygrywająca z ujemną temperaturą

Poza zadbaniem o opony, odpowiednio się ubrałam. Podwójna czapka, kask, bluzka merino z golfem, rowerowa bluza z długim rękawem, kurtka. Skarpety wysokie, rękawiczki Lobster. Na twarz nałożyłam grubą warstwę kremu Ziaja, na resztę ciała balsam z magnezem. Tym razem wzięłam termos z gorącą wodą i cytryną oraz czekoladę gorzką 90%. Ale najważniejsza jest zawsze chęć wynikająca z motywacji. Każdemu chyba zdarzyło się być już gotowym do jakiegoś wyjścia i chwilę później zrezygnować, bo jakoś tak wżarło się w człowieka zwątpienie. Moja motywacja tym razem była przepastna i wielopoziomowa. Po pierwsze, chciałam sprawdzić, czy jest możliwe jeżdżenie w zimowych warunkach i co ono oznacza. Po drugie, mam za sobą tydzień z komisjami rady miejskiej i sesją, a więc emocjami, których ciągle nie potrafię zignorować, a także z ogromem literatury samorządowej, która nie jest pisana w bliskim mi języku. Po trzecie, wizyta studyjna osób z całej Polski zainteresowanych odpornością miasta – czyli tym, jak Cieszyn poradził sobie ze skutkami nawałnicy, powodzi i wybuchu, jak za sprawą tych katastrof poprawił komunikację, procedury, czy uniósł to w ogóle. I po czwarte, syn, którego po raz pierwszy słuchałam z perspektywy naukowej, więc serce drżało, a mózg się grzał. Słowem – wietrzenie było konieczne.

Trasa zapierająca dech nie tylko z zimna

Wybrałam trasę, którą znam, a za jednym zwłaszcza jej fragmentem wręcz tęskniłam. Pamiętałam też wysiłek, jaki musiałam włożyć w tę drogę na szosowych oponach, a przecież chciałam sprawdzić różnicę jadąc w zasadzie na gravelu (OMG! – nigdy o tym nie marzyłam).

Pogoda o godz. 10:00 sprzyjała. Mimo zera na termometrze słońce robiło robotę i rozgrzewało przez oczy. Wpadało do środka i rozlewało się jak miód, co na wysokości Trzyńca kontrastowało z industrialnym widokiem.

Rękawiczki Lobster i cała reszta ubrań zdała egzamin do Kubalonki od strony czeskiej, (temperatura całej podróży rozciągała się między -3 a +1 stopni Celsjusza). Widok, za którym tęskniłam, to cały odcinek zaczynający się przy karczmie, za którą skręca się w ulicę Kameralną i trawersuje przestrzeń między Jasnowicami i Andziołówką. Podjazd nie jest morderczy i też nie czuje się go, z powodu odwrócenia uwagi wybitnymi pejzażami. I znowu miałam splot z tym, co akurat zaczęłam rano czytać, a do czego pewnie wrócę w recenzji – mam na myśli „Sny o pociągach” Denisa Johnsona. Drzewa, które, dopóki nie czują piły na swoim ciele, są przyjaciółmi ludzi.

Do przełęczy dojechałam rozgrzana.

Zjazd w mgłę

Niestety, zjazd, czyli 5 km w dół bez pedałowania, a jedynie z kontrolą prędkości i wielką uważnością, z powodu mrozu i braku słońca zrobiły swoje. W Głębcach przestałam odczuwać szczęście, a zaczęłam przeżywać dreszcze. Przeburzyłam przez centrum Wisły, Jawornik, a od Obłaźca zaczął się mój koszmar. Droga rowerowa wzdłuż Wisły to pasmo rzeźby lodowej. Czasami można było jechać, a rower, o dziwo, ani razu mnie nie zrzucił. Opony dają radę! Ale 2 km były takie, że musiałam zejść i biec, bo chyba tylko łazikiem czy traktorem poradziłabym sobie na tak zoranej nawierzchni. To były grudy lodu oprószone puchem śniegowym. Bieg nie był nawet zły, bo zaczęło mi na moment wracać krążenie w dłoniach. Kolejny koszmar zaczął się w okolicach Goleszowa Równi. Mimo przepisowych świateł i lusterka mgła to mgła. W Goleszowie ciężko było znaleźć drogę, w którą chciałam skręcić (tę w kierunku Dzięgielowa). Rozrzedzenie nastąpiło tuż przed Puńcowem, więc mogłam zobaczyć stado brudnych (po cieszyńsku lepiej brzmi: zmazanych) owiec na wjeździe do Cieszyna, co przypomniało mi film mocno zniechęcający do jedzenia mięsa – „Czarna owca” (przy okazji: jeden z zabawniejszych, chociaż zdecydowanie z klasy B).

Tylko siłą woli dowiozłam do domu swoje ciało przeniknięte chłodem. Rozbieranie się było bardzo utrudnione, więc zostawię czytelniczki i czytelników z obrazem kogoś, kto chodzi po domu tylko w dwóch czapkach i kasku, bo ten guziczek pod brodą nie chciał się dać odpiąć palcami jakby pozbawionymi kości.

Czas na polecenia!

  • Rekomenduję zmianę opon na zimę.
  • Można sięgnąć po takie, za które zapłacicie razem z wymianą ciut powyżej 200 zł, a można po te kosztujące dwa razy tyle czy jeszcze więcej (jeśli chcecie np. zyskać na wadze).
  • Lusterko dzisiaj było mi bardzo pomocne, polecam: Lusterko rowerowe Cateye. Łatwy, samodzielny montaż, wizjer jest wystarczający. Ja sama mam minus siedem dioptrii, a daję sobie z nim radę.
  • Polecam jazdę tylko ze słońcem w towarzystwie, zatem zimą wyruszenie w drogę powrotną nie może mieć miejsca później niż w okolicy godziny czternastej.
  • O ile to możliwe, sprawdzajcie nawierzchnię bo jeśli ktoś, tak jak, ja nie jest survivalowcem, to nie da rady.

Czy polecam? Nie chcę brać odpowiedzialności za Wasze ewentualne porażki, ale ja, mimo ogromnego zmęczenia, niemal zniszczenia się, jestem absolutnie szczęśliwa.

Mapa trasy:

Przeczytaj też inne artykuły tej autorki:

„No tak człowieku, to jest coś, życie” wokół książek Wejście oraz Wojna i terpentyna Stefana Hertmansa

Nie mam pojęcia, jak wpadłam na belgijskiego pisarza – Stefana Hertmansa. Prawdopodobnie przy okazji sprawdzania tegorocznego noblisty László Krasznahorkai…

110 km to jest coś, życie

Rower to coś więcej niż pedałowanie
To była moja 11. wyprawa rowerowa od ostatniego tygodnia sierpnia, czyli odkąd postanowiłam, że rower będzie mi w jakiś sposób zastępować dom. Skoro w wyniku wybuchu kamienicy w centrum Cieszyna…