Nie ma chyba tygodnia, żebym nie spotkała się ze stwierdzeniem, że trendy zarówno w ogrodnictwie, jak i w zieleni miejskiej mocno się w ostatnim czasie zmieniają. Robi się bardziej naturalistycznie, przyjaźnie dla owadów, ptaków i drobnych ssaków itp., itd.
Do pewnego momentu sama dawałam się na to nabrać, jednak moim przekleństwem okazała się nadmierna czujność i niezgodność obserwacji z deklaracjami. Punktem kulminacyjnym było tutaj „wzmocnienie bioróżnorodności” Parku Kasztanowego za pomocą czarnej szmaty (zwanej agrotkaniną czy agrowłókniną), z niemałym dodatkiem betonu, gumy i innych materiałów.
Problemem jest nawet nie to, że ktoś chce ten materiał sprzedać (dzięki temu w internecie znajdziemy głównie peany ku chwale tegoż) albo że jakaś firma tak projektuje rabaty – jest nim raczej fakt, że większość problemu po prostu nie widzi.
Tymczasem on istnieje, bowiem agrowłókniny to realne długofalowe skutki:
- zanieczyszczenie środowiska mikroplastikiem (produkty te są zazwyczaj wykonane z polipropylenu, który stanowi większość obecnych w środowisku zanieczyszczeń tego typu),
- odcięcie roślin od wody i powietrza (pory szybko się zatykają),
- zubożenie życia glebowego – nie dość, że parki i ogrody zbyt skrupulatnie się wygrabia, to na powierzchni ze sztucznego materiału procesy powstawania warstwy próchniczej nie mają sensu, gdyż nie będzie ona w żaden sposób związana z tym, co się dzieje pod spodem,
- zabranie ptakom możliwości wyciągnięcia „robaka” itd., itp.
Pojawiają się też doniesienia, że rośliny, w tym drzewa, zmylone panującą ciemnością kierują swoje korzenie ku górze, zamiast korzenić się nieco głębiej.
No tak, powiecie, ale co z chwastami i co z estetyką? Ano nic. Tzw. chwasty i tak wyrosną, zwłaszcza gdy dodatkowo pokryje się agrowłókninę warstwą kory czy zrębków. Poza tym park to nie jest miejsce, gdzie wyrastanie roślin spontanicznych mogłoby być problemem. Wręcz przeciwnie – o ile nie są to gatunki inwazyjne, jest to jak najbardziej pożądane i zwiększa bioróżnorodność bardziej niż nasadzenia obcych gatunków, takich jak hosty czy bergenie (pochodzące z Azji). Co do estetyki – wystarczy spojrzeć, jak wygląda teren pokryty tą wątpliwą ozdobą po tym, jak ściółkę wywieje wiatr lub spłucze deszcz. Zresztą, niektórzy radzą sobie z tym za pomocą jeszcze gorszego lekarstwa, a mianowicie pokrywając cały teren dodatkowo białymi lub szarymi kamieniami. Tymczasem niewiele roślin jest w stanie wytrzymać nacisk wielu kilogramów materii na korzenie, nie mówiąc już o zupełnej niemożności wyczyszczenia terenu z niepożądanych roślin czy mchu bez preparatów chemicznych.
Oczywiście są sytuacje, gdy agrotkaniny się przydają – np. gdy chcemy zabezpieczyć rośliny przed mrozem, zapobiec zbyt szybkiemu kiełkowaniu odcinając światło, wyłożyć międzyrzędzia przy np. truskawkach, aby owoce nie leżały w błocie, czy wreszcie pokryć skarpę i obsadzić roślinami – ale są to rozwiązania TYMCZASOWE i możliwe do zastąpienia. A jeśli ktoś nie chce się przemęczać, to zawsze można użyć agrowłóknin biodegradowalnych czy siatek kokosowych.
Wracając do Parku Kasztanowego – projekt został zrealizowany w 2024 roku. Ktoś się pod nim podpisał, ktoś zatwierdził wykonanie, ktoś zgodził się, by zastosować rozwiązania, których po prostu stosować już nie wypada – nie z całą wiedzą, którą dziś mamy. Szerokie pasy czarnego plastiku zdobią więc teren zieleni, na które wydano niemałe, bo idące w miliony pieniądze z funduszy norweskich. Najbardziej absurdalnym fragmentem jest dla mnie ten, gdzie wykonano podwieszany chodnik mający chronić korzenie drzew (notabene już uszkodzone jeżdżącym tam w czasie remontu sprzętem), a same drzewa obłożono – a jakże! – czarną szmatą.
Zatem według mnie trendy, o ile się rzeczywiście zmieniają, to niestety w złą stronę. Ciągle odkrywam nowe czarne miejsca – a to pod przedszkolem na Stalmacha, a to na Michejdy albo pod pomnikowym dębem przy Bobreckiej. Artefakty spod jałowców na Liburni coraz bardziej się deformują i wychodzą na chodnik, a skarpa przy kościele św. Jerzego jakoś nie chce zarastać jałowcami. I napisałabym tu, żebyście pomyśleli, czy Wasze babcie zastosowałyby coś takiego w ogrodzie, ale trzeba się chyba cofnąć w czasie jeszcze dalej (oby nie aż do Leopolda Szersznika i jego ogrodów). Bowiem i starsze osoby połknęły już tego bakcyla. Mogę tutaj przytoczyć pewien dowód anegdotyczny: kiedyś podczas prac „rabatkowych” zostałam zaczepiona przez starszą panią, która powiedziała, że po co się tak męczyć, najlepiej zrobić tak jak się teraz robi: obłożyć tym czarnym, zrobić dziury i RÓŻÓW NASADZIĆ. Moja oburzona argumentacja, że nie zgodzę się na żaden plastik została skwitowana pobłażliwym śmiechem i zniknięciem owej pani.



