Skip to main content

Tekst ilustrowany cyklem „Konsumenci” autor: H. Tereszkiewicz

Niedawno polska gospodarka znalazła się na 20. miejscu rankingu Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF). Teoretycznie jest to wynik, z którego powinniśmy się cieszyć, szczególnie mając na uwadze trudną drogę, jaką nasz kraj przeszedł przez ostatnie sto lat. Rząd oczywiście poczytuje to jako swój sukces, ale jednocześnie możemy usłyszeć z ust polityków rządzącej koalicji, że nie stać nas na jakościowe państwo, bo wciąż jesteśmy na dorobku. Więc jak to jest? Dołączyliśmy do grupy zamożnych, rozwiniętych krajów, czy musimy wciąż zaciskać pasa i ciąć wydatki na usługi publiczne?

Recesja jest z nami w pokoju

Przede wszystkim trzeba uświadomić sobie, że recesja (a więc spowolnienie gospodarcze) nie jest odległym zagrożeniem dla naszego rynku. Nie jest nawet groźbą czyhającą u progu. Recesja jest faktem. Była nim już w zeszłym roku, a 2026 pewnie tylko jeszcze bardziej ją pogłębi. Rządzący mogą nam mydlić oczy kolorowymi wskaźnikami, rosnącym PKB i innymi danymi, ale wystarczy popatrzeć na zwijający się z miesiąca na miesiąc rynek pracy, żeby zobaczyć narastające spowolnienie. Bezrobocie może jeszcze nie osiągnęło poziomu z czasów Balcerowicza, ale powoli zaczyna piąć się w górę, zaś wakatów w firmach ubywa. Płace stoją w miejscu1, zdolność kredytowa Polaków także rośnie z wielkim mozołem.

Te wszystkie zjawiska biorą się oczywiście także z realiów rynku, natomiast głównej ich przyczyny dopatrywałbym się w bardzo zachowawczej, żeby nie powiedzieć antyrozwojowej, polityce obecnego rządu.

Economy, economy never changes

Wynika ona przede wszystkim z konserwatywnego i przestarzałego podejścia do ekonomii. Świetnie zaafirmował ją Ryszard Petru, twierdząc jakiś czas temu, że jesteśmy „zadłużeni pod kurek”. Trudno jednak powiedzieć, czym rzeczony kurek jest.

Najprawdopodobniej chodzi tu o zapis niesławnego unijnego układu z Maastricht, w którym ustalono limit długu publicznego na poziomie 60%. To założenie nie ma żadnego umocowania ani teoretycznego, ani praktycznego (czy państwo mające 61% długu publicznego względem PKB nagle zbankrutuje lub przestanie istnieć?). Najlepszym tego przykładem jest Japonia, której saldo zadłużenia wynosi dwa i pół raza więcej niż produkt krajowy brutto tego kraju. Kontrowersyjna pozostaje też kwestia, skąd w ogóle wzięła się ta poprzeczka 60% długu publicznego, gdyż najprawdopodobniej była to arbitralna decyzja podyktowana przeczuciem, a nie realnymi względami.

Nie taki dług straszny, jak go malują

Współczesna ekonomia, a szczególnie tzw. nowa teoria monetarna (MMT), nie stawia takich ograniczeń, gdyż w rzeczywistości im większy deficyt budżetu państwa, tym więcej pieniędzy znajduje się w obiegu, a więc w sektorze prywatnym (na kontach każdego z nas oraz przedsiębiorstw)2. To z kolei ożywia gospodarkę poprzez zwiększanie konsumpcji, prowokowanie inwestycji, a także tworzenie nowych miejsc pracy. Tego typu wzrost widzieliśmy chociażby przy okazji wprowadzenia programu 500+, który po raz pierwszy w naszym kraju uruchomił tak szeroki strumień transferów socjalnych. Te pieniądze zarówno wzmocniły gospodarkę, jak i zmniejszyły rozwarstwienie społeczne, istotnie wspomagając najuboższych Polaków.

Przykład Japonii to nie czary ani cud, a jedynie konsekwencja zadłużenia się przez państwo we własnej walucie. Dopóki dany kraj posiada swój bank centralny z własną walutą i emituje dług w jej ramach, to po prostu nie jest w stanie zbankrutować3.

Balcerowicz ciągle żywy

Niestety, nasi mainstreamowi politycy wciąż pozostają wyznawcami mądrości Balcerowicza, którego oświecone rządy przyniosły dwudziestoprocentowe bezrobocie. Tak więc, zamiast budować silną gospodarkę, nasz rząd przede wszystkim zajmuje się tworzeniem kolejnych udogodnień dla bogatych przedsiębiorców, spekulantów i deweloperów, w czym nie ma nic dziwnego, biorąc pod uwagę zarówno lobbing, jak i fakt, że to z tych środowisk wywodzą się rządzące w Polsce formacje.

Z tego też powodu wciąż możemy jedynie pomarzyć o progresywnych podatkach, czyli takich, których stawki sprawiają, że najubożsi płacą minimalne daniny, albo są w ogóle z nich zwolnieni, natomiast im wyższe mamy dochody, tym wyższy podatek nas obejmuje. Nie doczekamy się też w tej kadencji odważniejszych decyzji w kontekście długu publicznego, zaś brakujące miliardy dla NFZ to nie tylko polityka zaciskania pasa (na naszych brzuchach), ale także przemyślana strategia dążąca do prywatyzacji sektora medycznego.

Dobrobyt tylko dla obywateli premium

Powiedzmy sobie szczerze: Korwin miał rację – żyjemy w socjalizmie. Tyle tylko, że żeby móc z niego korzystać, trzeba być bardzo bogatym. Wtedy dostaje się pełny pakiet: zdolności lobbingowe, preferencyjne warunki prowadzenia biznesu, ulgi podatkowe, a nawet pomniejszoną składkę zdrowotną. Rządzący są tak bardzo zajęci usługiwaniem wielkiemu biznesowi, że nie potrafią nawet uregulować kwestii umów śmieciowych, przez co ze świecą szukać dwudziestoparolatka, który pracowałby inaczej niż na umowie zleceniu4.

Dlatego jesteśmy teraz w takiej sytuacji: wszyscy pracujemy na PKB i inne wskaźniki, którymi radośnie będą nam machać przed twarzą rządzący, ale gdy przychodzi do podziału owoców tego wysiłku, to dla nas zostają jedynie obite, kwaśne jabłka leżące na samym dole. Czy istnieje jakieś jedno, cudowne lekarstwo na tę sytuację?

Nie, oczywiście, że nie. Na pewno musi się zmienić podejście naszego kraju do gospodarki. Skończyły się czasy, w których wystarczyło, że dostarczaliśmy zachodnim korporacjom tanią siłę roboczą. Dzisiaj, gdy ta koniunktura odchodzi coraz szybciej do lamusa, musimy stawiać na rozwój wciąż kulejącej na naszym podwórku innowacyjności, wzmacniać prawa pracownicze oraz planować budżet w nowoczesny, nieortodoksyjny sposób. Inaczej rozwarstwienie społeczne będzie się powiększać, recesja postępować, a na niej skorzystają tylko ci, którzy są najbogatsi. Cała reszta będzie skazana na uśmieciowiony i wąski rynek pracy, który nie zapewni nam życiowej stabilności, zagwarantuje za to mizerne usługi publiczne. W takim kraju nie będzie się dało komfortowo mieszkać, szczególnie jeśli nie przerwiemy spekulacji mieszkaniami, co również jest istotnym zadaniem, z którego wciąż nie wywiązują się politycy.

W końcu bezpieczeństwo to nie tylko czołgi i wyrzutnie rakiet, ale także kwestie socjalnego i zdrowotnego zabezpieczenia, bez którego wciąż będziemy żyć w tym dziwnym rozkroku, gdzie rząd przekonuje nas, że wszystko jest w porządku, podczas gdy my czujemy, że coś nie działa, a koła stale buksują.

Przypisy:

  1. Tegoroczna podwyżka najniższej krajowej jest najmarniejsza od lat, co w efekcie sprawi, że pod koniec 2026 roku kupimy za nią mniej, niż dostalibyśmy za minimalną końcem 2025.
  2. Uprzedzając pytania: według tej logiki inflacja kontrolowana jest za pomocą progresywnego systemu podatkowego, którego zasady wyjaśniam w dalszej części tekstu.
  3. Z tego też powodu, póki co, Polska nie powinna wstępować do strefy Euro. Chyba że UE zyska w końcu nieco odwagi i zrobi krok w stronę federalizacji, ujednolicając nie tylko walutę, ale także politykę gospodarczą, socjalną itd. dla wszystkich krajów członkowskich.
  4. Warto nadmienić, że w zamian za załatwienie kwestii śmieciówek mieliśmy dostać wzmocniony PIP, który swoją decyzją mógłby zamienić umowę zlecenie lub kontrakt B2B na UoP, ale premier już zapowiedział, że nic z tego, a „sprawę uważa za zamkniętą”.