Kino Piast w Cieszynie przechodzi transformację – zmienia się jego operator. O kinie z perspektywy widzów pisałam wcześniej w tekście: Jesteśmy kinową rodziną. Historie widzów Kina Piast. Dziś zapraszam na rozmowę z panem Markiem Mendrochem (MM), który przez ponad 30 lat zarządzał naszym kinem, oraz z panem Mariuszem Pyśkiem (MP) – zaangażowanym widzem. Porozmawiamy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości Kina Piast.
Marek Mendroch: Włożyła pani dużo pracy w tamten tekst w internecie – cała ta opowieść o losach kina, te cytaty… Dziękuję, naprawdę bardzo dziękuję.
Miałam po prostu wspaniałych rozmówców. To ich zasługa, ja byłam tylko redaktorką.
MM: To potwierdza, że Kino Piast ma swoich wiernych fanów, którzy o nie zawalczyli. No i wszystko wskazuje na to, że – choć oficjalne procedury jeszcze się nie zakończyły [rozmawialiśmy z panem Markiem w sierpniu – przyp. red.] i dopiero teraz czekają nas najintensywniejsze dni, kiedy umowy, np. na dzierżawę własności, będą przepisywane – to jednak kino dalej będzie działało. Ku uciesze widzów i wciąż jako Kino Piast w Cieszynie. I to jest ewenement na skalę Polski. Pamiętam, ile było w różnych miastach – większych od Cieszyna – petycji, apeli, nawet marszów w obronie kin… I nic nie pomagało. A tutaj wszystko wskazuje na to, że udało się uratować coś naprawdę wyjątkowego.
A co najbardziej zaskoczyło Pana w tym zaangażowaniu widzów?
MM: Wiedziałem, że mamy wspaniałych widzów, bo spotykałem się z nimi na co dzień. Ale nie byłem w stanie przewidzieć, jak to się potoczy. Kiedy organizowałem Cieszyńskie Prezentacje Filmowe, myślałem, że to będzie takie podsumowanie, ostatni przegląd. A potem to się przerodziło w całą akcję i ogromne zaangażowanie. To zasługa widzów – pana Mariusza, jego żony i wszystkich, którzy chodzili na Fafika czy inne projekcje. Zaskoczyło mnie też to, że był taki moment, w którym, przechodząc ulicami miasta, ledwie zrobiłem kilkadziesiąt metrów, a już ktoś mnie pytał: „Co będzie z naszym kochanym kinem? Jak to dalej będzie? Czy naprawdę nie da się nic zrobić, żeby ono nie przestało istnieć?”. To był taki prawdziwy głos ulicy.
Zarządza pan kinem już od ponad 30 lat. Chciałabym zapytać, jakie zmiany zaszły w tym czasie – w kinie jako instytucji, w repertuarze, ale może też wśród widzów. I co przez ten czas pozostało według Pana niezmienne?
MM: Ja bym tego nie nazywał wielkimi zmianami w sensie jakiejś rewolucji repertuarowej. Od samego początku wspólnie budowaliśmy program kina. Oczywiście, zależało to też od tego, jaka była dostępna oferta na rynku, ale postawiliśmy na przywiązanie do tradycji. Takim stałym punktem był DKF Fafik – bo przecież nie ja go zakładałem, Fafik działa od 1964 roku. Myślę, że zaprocentowało to, że kontynuowaliśmy tę tradycję i dalej prowadziliśmy Fafika, choć czasem zdarzały się sytuacje, gdy na projekcjach było dosłownie kilka osób. To na pewno nie była rewolucja repertuarowa, a w jakimś sensie ewolucja.
Słyszałam, że repertuar kina był tworzony wspólnie z widzami – że pokazywano filmy na ich życzenie i że jeśli pojawiały się jakieś potrzeby, zawsze można było z Panem porozmawiać. Czy Pan to również tak widzi?
MM: Na ile to było możliwe, starałem się tak działać. Pracownicy kina podpowiadali mi, bo oni częściej rozmawiali z widzami – zwłaszcza kasjerki wiedziały, jakie są ich oczekiwania, co chcieliby zobaczyć. I w miarę możliwości – bo nie wszystkie filmy dało się sprowadzić – staraliśmy się spełniać te oczekiwania.
Mariusz Pyśk: Muszę dodać, że nie widziałem jeszcze takiego miejsca jak Kino Piast, gdzie można realizować swoje filmowe życzenia. W innych miejscach – powiedzmy w Multikinie – jeśli poprosi się o jakiś starszy film albo taki, który chcielibyśmy obejrzeć, najczęściej słyszymy: „Nie da się”. A Marek przynajmniej próbuje. I to, co udało się zrealizować, oglądaliśmy – filmy, które były naszymi życzeniami.
MM: Podchodziłem do tego w ten sposób, że starałem się rozmawiać z każdym, kto przychodził. Gdy zgłaszały się osoby, które chciały filmów religijnych, widziałem, że jest takie zapotrzebowanie. Kiedy zaczęliśmy wyświetlać koncerty – też widziałem, że jest na nie popyt. A gdy zgłosił się do mnie Uniwersytet Trzeciego Wieku, rozmawialiśmy z prowadzącymi zajęcia o tym, jak te projekcje przeprowadzać. Chodziło mi o to, żeby różni widzowie w różnych grupach – bardziej lub mniej formalnych – mieli możliwość wypowiedzenia się i żeby, na ile to było możliwe, czuli, że są wysłuchani i mają udział w tworzeniu repertuaru. Trochę jest to też, szczerze mówiąc, takie moje lenistwo.
MP: Ja bym tego tak nie nazwał. Moim zdaniem to jest raczej zaleta. Pan wychodzi do widzów z możliwością wysłuchania ich, a potem działa w tym kierunku, żeby spełnić te oczekiwania. To jest dokładanie dobrej pracy, a nie lenistwo.
MM: No, z drugiej strony przynajmniej wiemy, że ktoś przyjdzie na te filmy i że są one oczekiwane.
A czy ma Pan jakieś ciekawe wspomnienia z początków zarządzania kinem, związane z relacjami z widzami, ze wspólnym oglądaniem filmów? Czy jest coś, co szczególnie zapadło Panu w pamięć?
MM: To zaczęło się jeszcze zanim zacząłem pracować w kinie – najpierw jako jeden ze wspólników, bo przez dwa lata była spółka, a później jako samodzielny dzierżawca. Już w czasach szkoły średniej, kiedy chodziłem do Liceum Ogólnokształcącego Kopernika w Cieszynie, organizowaliśmy projekcje dla uczniów szkoły. To nie były lektury ani wyjścia w ramach lekcji – odbywały się one w piątki o godzinie 15:00, po zakończonej ostatniej lekcji. W zasadzie, kiedy już udało nam się rozwinąć, połowa liceum szła do kina na filmy, które sami chcieliśmy obejrzeć. Było nas kilku zapaleńców, którzy przeglądali prasę branżową dostępną u ówczesnego kierownika kina. To był tzw. Filmowy Serwis Prasowy. Zawierał nie tylko informacje o filmach aktualnie wyświetlanych w kinach, ale też o tych, które miały premierę kilka lat wcześniej, ale wciąż były w magazynie i można je było oficjalnie obejrzeć. My, z racji wieku, nie widzieliśmy filmów, które premierę miały 5-7 lat wcześniej. Dzięki uprzejmości ówczesnego kierownika mogliśmy wreszcie obejrzeć na dużym ekranie takie tytuły jak Czas apokalipsy czy Lot nad kukułczym gniazdem. Mieliśmy wykupione takie pasmo w piątek o godzinie 15:00. I na tych projekcjach naprawdę było około 200 osób z jednego ogólniaka. Z tego się narodził taki młodzieżowy klub filmowy o nieformalnej nazwie Tuptuś. Miał taki zasięg, że w sąsiedniej szkole nam pozazdrościli tego pomysłu i w technikum, chyba w budowlance, powstał konkurencyjny klub młodzieżowy – Max Filister. W ogóle życie filmowe kwitło w Cieszynie w tamtych latach, ale cóż było robić…
I to był moment, w którym narodziła się Pana pasja do kina?
MM: Moja pierwsza fascynacja kinem zaczęła się wtedy, kiedy poszedłem po raz pierwszy na film, o którym wcześniej nic nie wiedziałem. To były Gwiezdne wojny. Wszyscy koledzy już je widzieli, byli zachwyceni, więc wymogłem na rodzicach, żeby jak najszybciej mnie zabrali, bo bałem się, że przestanie być wyświetlany. I może to nie sam tytuł był najważniejszy, ale ta atmosfera wyjścia do kina i wspólnego przeżywania filmu. Wtedy jeszcze nie do końca rozumiałem, o co chodzi, ale już bardzo mi się to spodobało.
Chciałabym jeszcze zapytać o ostatnie prezentacje filmowe. One miały dość patetyczny tytuł: Najlepsze filmy naszego życia. To pytanie do obu panów.
MM: Ten tytuł odnosił się do filmu Williama Wylera Najlepsze lata naszego życia. W zasadzie można by tak nazwać też nasze doświadczenia – najlepsze lata naszego życia, bo w tym kinie, jako dzierżawca, spędziłem ponad 30 lat.
A jak Panowie zapamiętali atmosferę tych ostatnich prezentacji? Czy czuć było, że są w jakiś sposób szczególne?
MP: Tak, myślę, że ludzi było więcej niż na wcześniejszych edycjach.
MM: To zależy, do czego to odnieść. Jeśli porównywać frekwencję z czasami sprzed pandemii, to była nawet mniejsza – wtedy na prezentacjach sprzedawały się wszystkie miejsca. Teraz było w porywach około połowy sali, jakieś 100 osób. Ale wyjątkowość polegała na tym, że widzowie mieli świadomość, że to mogą być ostatnie prezentacje. Same w sobie miały renomę i wagę – w końcu to już 41. edycja. Może też dlatego frekwencja dopisała.
Byłem bardzo podbudowany tym, że widzowie przychodzili na filmy, które miały po kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, często bez żadnej reklamy, czasem puszczane jako niespodzianka – a mimo to chcieli je oglądać. Myślę, że to efekt wieloletniej edukacji w kinie. Poza tym sama świadomość, że to mogą być ostatnie prezentacje w tym kinie, na pewno miała wpływ na odbiór. No i dzisiaj [21.08 – przyp. red.] mamy też ostatnią projekcję Fafika w obecnym układzie.
Miejmy nadzieję, że będą dalsze projekcje Fafika. Chciałabym się odnieść do tego i zapytać, co Panowie mogą zdradzić na temat przyszłości kina, co do ustaleń?
MM: To pytanie raczej do pana Adama Cieślara z Domu Narodowego. Ja nie chcę występować jako osoba, która rości sobie prawo, nie będąc już dzierżawcą kina, do tego, żeby mówić, jak będziemy działać. Cieszę się, że kino nadal będzie istniało, że znalazło nowego operatora. Mogę tylko powiedzieć, że z panem Adamem naprawdę bardzo dobrze mi się rozmawia. I myślę, że wszystko powinno być w porządku – zarówno pod względem repertuarowym, jak i pod względem zaspokojenia oczekiwań widzów.
A wracając do sytuacji kina – zapytam o trudne okresy podczas jego prowadzenia. Z tego, co słyszałam, jedną z przyczyn ciężkiej sytuacji była m.in. pandemia i okres popandemiczny.
MM: Kryzysy zawsze się zdarzają. Pierwszy poważny mieliśmy już w latach 90. – i to naprawdę głęboki. Ledwo zaczęliśmy prowadzić kino, a już się okazało, że koszty nie równoważą się z wpływami, widzowie odchodzili. Na przełomie lat 80. i 90.coraz więcej kin się zamykało. Te, które działały, często były w złym stanie technicznym – projektory się starzały, a operatorzy nie mieli środków na wymianę sprzętu.
Najważniejszym czynnikiem było odejście widzów z powodu braku aktualnego repertuaru. To zmieniło się dopiero na początku lat 90., kiedy pojawiły się prywatne firmy dystrybucyjne. W latach 80. obowiązywał jeszcze monopol państwowego dystrybutora, który miał ograniczone środki. A jeśli chciało się sprowadzać filmy z Zachodu – europejskie czy amerykańskie – to były ogromne koszty. Takie filmy w ogóle nie trafiały do nas albo trafiały z dużym opóźnieniem.
W tym samym czasie pojawiły się odtwarzacze VHS i ludzie oglądali filmy w domach – często z pirackich kaset kupionych na bazarach czy targach. To był główny powód odpływu widzów i przez pewien czas naprawdę ciężko było związać koniec z końcem.
Sytuacja zmieniła się, gdy nowi dystrybutorzy zaczęli sprowadzać filmy równolegle z premierami na Zachodzie czy w USA i jednocześnie uszczelniać rynek wideo. Przełomowym momentem było ukazanie się Parku Jurajskiego Spielberga. Tego filmu nie opłacało się oglądać na kasecie VHS – to trzeba było przeżyć w kinie: zobaczyć dinozaury pożerające wszystko wokół, posłuchać muzyki Johna Williamsa, poczuć klimat. I to był film, który potrafił zapełniać salę Kina Piast przez dwa tygodnie w 100% – trzy seanse dziennie. Właściwie to on ruszył widzów z powrotem do kina.
I kino przetrwało ten kryzys. Wracając do pandemii: jak kino przetrwało ten czas?
MM: To był smutny czas. Spotykaliśmy się z pracownikami kina tak raz na miesiąc. Przetrwaliśmy przede wszystkim dlatego, że uratowały nas dotacje z programu Państwowego Funduszu Rozwoju. Dzięki temu mogłem utrzymać zatrudnienie. Trzeba było od czasu do czasu pojawić się w kinie, przejrzeć sprzęt, uruchomić go, żeby akumulatory w projektorach się nie wyczerpały.
Pandemia zbiegła się z rozwojem nowych technik odbioru filmów: kina domowego, internetu, streamingu. To spowodowało, że nawet kiedy można już było wrócić do kina, widzowie nie przychodzili. Trzeba było siedzieć w maseczkach, nie można było usiąść obok siebie, dwie trzecie miejsc na widowni musiały pozostać wolne. Nie mieliśmy kłopotów, żeby komuś odmówić wejścia – widzowie po prostu nie przychodzili. I myślę, że ten powrót widzów po pandemii nadal jeszcze trwa. Kino musi znaleźć sposób, żeby przyciągnąć ludzi przed duży ekran. Bo wielu z nich wtedy uświadomiło sobie: „Dlaczego mam wychodzić do kina i płacić za bilet, skoro w domu mam dobry telewizor, niezłe nagłośnienie i dostęp do filmów w dobrej jakości?”.
A w jaki sposób przyciągnąć widzów z powrotem do kina? Jak przekonać, że film na dużym ekranie to inna jakość?
MM: To zależy, o jakich filmach mówimy. Ale przede wszystkim – kino daje coś, czego żadne oglądanie domowe nie zastąpi: wspólne przeżywanie emocji. Kiedy kilkadziesiąt osób siedzi razem, wszyscy reagują podobnie i czuje się wspólnotę. To zupełnie co innego niż siedzenie samemu czy nawet w kilka osób przed telewizorem, gdzie zawsze coś rozprasza.
MP: Jest jeszcze jeden argument – filmy popularne można zobaczyć wszędzie. Ale w Kinie Piast są też takie, których nie znajdzie się nigdzie indziej: nie da się ich wypożyczyć, kupić ani obejrzeć online. Nie ma opcji. Tylko w Kinie Piast.
MM: To zależy, bo są dwa modele prowadzenia kina. Kina sieciowe – i nie mówię tego, żeby komuś zrobić przykrość – są nastawione przede wszystkim na zarabianie. To dla nich biznes. Repertuar jest ustalany tak, żeby przyciągnąć masowego widza, i nikt się tam nie zastanawia nad kinem niszowym, dla mniejszych grup odbiorców. Nie chodzi o to, by kształtować gusta widzów i zachęcać ich do poszukiwania czegoś więcej niż tylko rozrywki. Chodzi o to, żeby sprzedać popcorn, zakończyć jeden seans i od razu wpuścić następnych widzów.
My natomiast zawsze chcieliśmy odpowiadać na różne zainteresowania widzów. Dlatego filmy były dobierane trochę inaczej – nieszablonowo, często sprowadzane od niezależnych dystrybutorów. Na prezentacje po raz pierwszy sprowadziliśmy kopię filmową od prywatnej dystrybucji – film Wendersa z Paryża. Co prawda było to przekazane przez internet, ale zakupione nie od dystrybutora ogólnopolskiego, tylko bezpośrednio przez Kino Piast w Cieszynie. To była pojedyncza kopia, przeznaczona tylko do naszej projekcji.
Czy prowadzenie kina z ambitnym, niszowym repertuarem to dziś ryzykowne przedsięwzięcie?
MM: To jest niemożliwe w naszych czasach, jeśli chcemy na tym zarobić. Naprawdę. Byliśmy ostatnim dinozaurem w Cieszynie – w mieście poniżej 50 tys. mieszkańców kino prowadzone przez prywatnego dzierżawcę.
Niestety, to była równia pochyła. Na początku pandemii jeszcze myślałem, że może się ono odrodzi. Ale potem przyszła inflacja, która generowała coraz wyższe koszty. Widzowie wracali, owszem, ale inflacja była jeszcze silniejsza, a zaległości finansowe rosły. Doszło do momentu, w którym – z naprawdę ciężkim sercem – musiałem uznać, że po ponad 30 latach nie da się już prowadzić tego kina na zasadach prywatnej działalności gospodarczej.
Nie byłem w stanie dać mu drugiego oddechu – odświeżyć go, wprowadzić nowych technologii, choćby w sprzedaży biletów czy reklamie. Nie stać mnie było finansowo, a zadłużenie tylko się powiększało. Do tego stopnia, że gdybym nie podjął decyzji o rezygnacji, to i tak we wrześniu czy październiku najpewniej nie miałbym już repertuaru. Po prostu bym zbankrutował i nie dostał kolejnych filmów.
Mówiąc, że byliśmy ostatnim dinozaurem, mam na myśli właśnie to: nie znam – może gdzieś jeszcze jest – ale nie znam takiej sytuacji w Polsce, żeby w mieście poniżej 50 tys. mieszkańców kino było prowadzone przez prywatną osobę, jako zwykła działalność gospodarcza.
Sądzicie Panowie, że rozwiązanie, które zostało wypracowane – czyli że kino poprowadzi miasto – to nowa nadzieja dla małych kin, skoro nie są one w stanie utrzymać się same?
MM: To jest jedyna możliwość. Można oczywiście zrezygnować z Kina Piast w Cieszynie jako kina jednosalowego i wtedy zostanie nam tylko kino sieciowe, czterosalowe. Ale ono będzie zaspokajało wyłącznie jeden nurt repertuarowy – komercyjny, z najbardziej rozchwytywanymi filmami. I to tylko do tego momentu, w którym właściciele sieci uznają, że opłaca im się to kino prowadzić i utrzymywać.
Natomiast jeśli chodzi o kina jedno- czy dwusalowe, wszystkie przykłady pokazują, że one działają przy jednostkach miejskich – przy domach kultury albo jako osobne instytucje, ale zależne od finansów miasta. Tak jest też w naszej okolicy: w Skoczowie czy w dalszych miastach.
Problem w tym, żeby takie kino naprawdę spełniało oczekiwania widzów. I powiem więcej – nie chodzi tylko o to, by nie było nastawione wyłącznie na repertuar komercyjny, ale też o to, żeby nie ścigać się niepotrzebnie z multiplexem, skoro on już tutaj działa. Moim zdaniem nie ma sensu powielać repertuaru jeden do jednego, bo kino jednosalowe i tak byłoby w takiej sytuacji skazane na porażkę.
A co pan, panie Mariuszu uważa o tym rozwiązaniu?
MP: To jest chyba jedno z najlepszych rozwiązań docelowych. Miasto ma swoje zasoby, więc może prowadzić kino ponosząc mniejsze koszty niż jednoosobowa firma. Tylko dlaczego taki pomysł nie pojawił się już dwa lata temu? Miasto też będzie miało z tego korzyści. Pan Marek włożył przez tyle lat, a zwłaszcza przez ostatnie kilkanaście miesięcy ogromne nakłady, dzięki którym w ogóle mogliśmy korzystać z kina. Zrobił to dla ludzi.
Rozmawiając z widzami miałam poczucie, że wychował Pan całe pokolenia filmowych widzów. Jedna z moich rozmówczyń wspominała, że jako nastolatka pierwszy raz przyszła do Kina Piast, zakochała się w kinie – i teraz przychodzi tu ze swoją córką. Czego warto uczyć najmłodsze pokolenie, jeśli chodzi o bycie widzem? Co im przekazać o kinie?
MM: Konkretnie chyba nic nie trzeba przekazywać. Wystarczy zabrać dziecko do kina i jeśli poczuje, że mu się podoba, to samo się tego nauczy.
A pana, panie Mariuszu, co przyciąga do kina?
MP: To, o czym mówił pan Marek – takie doświadczenie przeżywania czegoś innego niż w filmach komercyjnych. Tu są filmy, które nie są standardowe. Oczywiście, można też obejrzeć coś lżejszego, ale tutaj trafiamy na kino, które daje do myślenia. Chcemy potem do tych filmów wracać – także z dziećmi. Oglądaliśmy całe filmografie niektórych aktorów, gdy w ramach Fafika były poświęcone im przeglądy. Albo cykl o muzyce filmowej – np. o Ennio Morricone. To nas inspirowało, żeby w domu dalej oglądać i poszerzać obraz.
Bez takich wskazówek pewnie wiele rzeczy by nam umknęło – Audrey Hepburn czy Rutgera Hauera odkryliśmy nie tylko w tych najbardziej znanych rolach, ale i w mniej popularnych. Może to nie jest punkt, który od razu przyciągnie młodych, ale myślę, że warto pokazywać dzieciom i młodzieży, że nie trzeba opychać się popcornem i popijać go colą, żeby obejrzeć dobry film. Ja tego nie znoszę. Nawet jakby ktoś mi to dał za darmo.



