Skip to main content

Już od co najmniej tygodnia wiedziałam, że muszę wsiąść na rower i przewietrzyć głowę, sprawdzić ogrzewacze do rąk i nóg, a także wariant gravelowy na trasie innej niż górska czy szosowa. Po raz czwarty w ostatnich trzech miesiącach wybrałam kierunek Katowice, do których docierałam już jadąc przez Racibórz i Kuźnię Raciborską, innym razem przez Gierałtowice, Gliwice i Zabrze, ale jeszcze nie trasą wyznaczoną przez mapy.com dla rowerów turystycznych.

Swoją drogą, moją pierwszą wyprawą po zakupie roweru Trak były właśnie Katowice, do których postanowiłam wtedy dojechać bez nawigacji – jadąc trochę na pamięć, zgodnie z moją tradycją szosowania sprzed 30 lat, z Wisły do Gliwic, czyli dzisiejszą trasą Bus Brothersa.

Nie polecam!

Łąki i łzy

Temperatura była łaskawa – 2-3 stopnie na plusie – ale mała ilość światła i wysoka wilgotność wpływały na odczucie chłodu, stąd od samego początku ogrzewacze miałam wsunięte zarówno do butów, jak i rękawic. Tym razem udało mi się, bez zbędnych nawrotów i zagubień, przejechać przez cudne Zamarski w stronę mokrego Dębowca. Uwielbiam te odcinki – są trochę jak obrazki z dobranocki „Listonosz Pat”. Idealnie korespondowały też z moim nowym doświadczeniem muzycznym – kompozycjami Adriana Robaka (zazdrośćcie – to mój kolega z pracy!). Falujące w górę i w dół wąskie drogi pomiędzy polami i zaroślami prowadziły aż do Strumienia, gdzie zaczyna się urokliwy pejzaż przypominający obrazy z Estonii czy Finlandii: drzewa iglaste, paprocie, mokradła, cisza.

Tym razem większość trasy biegła przez lasy lub pomiędzy nimi, co aż do Zabłocia było niezwykle przyjemne, wzbogacające mój katalog wrażeń z tej części Śląska. Zwłaszcza że pojawił się też moment stricte przygodowy – przeprawa przez kładkę pozbawioną podłoża, ograniczoną jedynie do metalowych sztab.

Żywe i martwe obecności

Chwilę przed wjazdem do tej urokliwej gminy, po lewej stronie zobaczyłam rozległą łąkę, wciąż jeszcze zieloną, choć w tonacji molowej. Brodziły w niej cztery białe czaple, stojące w równych odległościach od siebie. Byłam zachwycona tym widokiem – wyglądały jak cztery wielkie łzy. Chwilę później wjechałam w Zabłocie, przejeżdżając pomiędzy domami jednorodzinnymi. Tu zaskoczyły mnie wielkie, posągowe, dostojne lwy. Leżały i siedziały – większe i mniejsze – w co którymś ogrodzie, pilnując samochodów albo wjazdów. Białe, gipsowe figury.

Wrażenie safari na sucho zostało przerwane widokiem zmęczonego, acz gotowego do boju kurczaka. Czekał niczym zawodnik, aż będę przejeżdżać obok niego. Wtem ruszył, natychmiast nabierając prędkości, by cudem uniknąć śmierci pod kołami. Nie był sam. Inne kury, kurczaki i koguty patrzyły na niego w milczeniu. Wyglądało to tak, jakby się założyły, że ten dziesiąty raz na pewno nie da rady. Był wyraźnie oskubany z połowy piór, co mogło świadczyć o nie pierwszej jego brawurze tego dnia.

Wjeżdżając do kobiórskich lasów, tuż nad głową przeleciał mi dzięcioł zielony – sprawdziłam to po powrocie do domu, bo zapamiętałam jego „język” (odgłosy) oraz kolor podbrzusza.
Niestety – spotkałam także martwe zwierzęta. Nie zapomnę, że na trasie przez Pawłowice do Pszczyny mijałam kolejno: sikorkę, mysz, łasicę, jeża, kota i na końcu prawdopodobnie koźlątko. Na szczęście rzadko zdarza się aż tyle potrąconych istnień. Zdecydowanie częściej doświadczam spotkań z tymi żywymi.

Błoto nie glina, rzeźby nie utoczysz

Od Zabłocia, po skręceniu w las, skończyły się czyste przyjemności, a zaczęło się błoto. Spory fragment za Drogomyślem wzdłuż torów jest w przebudowie. Prawdopodobnie sami robotnicy położyli różne znaki drogowe w tej mazi, żeby przejście czy przejazd jednośladem były w ogóle możliwe. Minęłam tu grupę dzieciaków świetnie adaptujących te warunki do jazdy na MTB i tym podobnych rowerach. Mnie pozostało tylko obserwowanie zanikającej bieli ramy mojego roweru.

Niewątpliwą rekompensatą są lasy kobiórskie, którymi jechałam jakby bez końca. Były fragmenty trudne do przejechania bez szwanku – bo błoto – i takie tylko delikatnie liźnięte zdradziecką mazią, bo od kilku dni nie padało. Nie wyobrażam sobie jazdy szosówką po czymś takim. Czułam zresztą, że cierpią hamulce, łańcuch i przerzutki – mimo specjalnego smaru Smoove Lube nie radziły sobie z odrzucaniem tego materiału rzeźbiarskiego.

Kosmiczna panika i ziemskie straty

Z lasu wyjeżdża się nagle – w Tychach. W mieście pełnym plenerów do ekranizacji książek Lema. Mimo ufajdanych błotem bryli uśmiechałam się do kosmicznych pejzaży. Muszę kiedyś poświęcić temu miastu więcej czasu, bo na pierwszy rzut oka jest niesamowite. Każdy podzbiór bloków ma własne estetyczne odróżnienie: daszki nad klatkami wyglądają jak suszarki na naczynia, wentylacja wystaje niczym kolce jeży – ostre przy łukach, prostokąty obok fal. Nic tu do siebie nie pasuje, a jednak wszystko daje wrażenie całości.

Urzekła mnie przestrzeń między blokami, z której jak grzyby wyrastały rury – chyba wentylacyjne albo małe kominy (jak ręce wyciągnięte w geście Alleluja albo „ręce do góry”). Było ich pełno, jakby sygnalizowały tajemne życie podziemne.

Całe miasto przejechałam luksusowo ścieżką rowerową, która skończyła się właściwie nagle. Zaskoczyło mnie to na tyle, że gdy ponownie miałam skręcić w las (zjazd za Czułów Osadą z ulicy Katowickiej, 75,3 km od startu), spanikowałam i przytuliłam się do asfaltu, szorując go przez jakieś 2-3 metry. Straciłam lusterko, nieco przesunęłam przerzutki po prawej stronie kierownicy i nabyłam kolejną dziurę w kurtce (trzyma ciepło, ale bardzo łatwo ją uszkodzić). Za to po raz kolejny spodnie wytrzymały solidne tarcie o twarde podłoże, nie tracąc nic na trwałości materiału.

Ostatni odcinek po zebraniu się do tak zwanej kupy, prowadził mnie w kierunku Katowic Kostuchny – również przez las i błoto. W pierwotnym planie miałam małe świąteczne zakupy. Niestety, mój wygląd, a przede wszystkim sypiące się i odpadające ze mnie oraz z pojazdu błoto, skutecznie odwiodły mnie od tego pomysłu.

Podsumowując, trasa jest wyjątkowej urody. Większość przebiega przez lasy i cudną śląską przyrodę, daje możliwość spotkania różnych gatunków zwierząt oraz doświadczenia widoków zabawnych, dających do myślenia. Kolekcjonuje się tu obrazy pełne różnych estetyk i efektów polityk samorządowych: podejścia do krajobrazu, stanu dróg, jakości powietrza czy komunikacji wizualnej. Niestety, prawdopodobnie przez większą część roku na sporych odcinkach zalega błoto, które nie odpuści nikomu ani niczemu – co trzeba wkalkulować w jazdę. Brak podjazdów od Dębowca aż po same Katowice. Trwają remonty, a zapewne gdy jedne się zakończą, pojawią się kolejne. Warto sprawdzić przed wyjazdem aktualne informacje – tutaj chętnie przyjmę polecenia miejsc, gdzie można znaleźć dane o tymczasowych utrudnieniach czy błocie na zaplanowanej trasie.

Ilustracja autorstwa Joanny Wowrzeczki:

Rekomendacje

Adrian Robak – kompozytor, który pracuje w Instytucie Sztuk Muzycznych UŚ. Można go spotkać w Cieszynie i Katowicach, porozmawiać bardzo interesująco o muzyce, ale przede wszystkim można go posłuchać, np.tutaj. Krótko: autor i jego muzyka to synonim uważności, rytmu,wnoszenia wartości tradycyjnych w dziką współczesność. Pasuje do jazdy w błocie po kobiórskich lasach. Siła wrażliwości!

Spodnie – nie tylko chronią przed zimnem, ale też amortyzują upadki. Mam otarcia, ale nie głębokie rany. Materiał niezwykle wytrzymały.

Ogrzewacze – zgodnie z opisem na opakowaniu, utrzymują temperaturę powyżej 37 stopni przez co najmniej 7 godzin. Są to saszetki wielkości 5,3 x 8,5 cm, więc do przylegających rękawic nie wejdą. Moje (loobstery) są luźne, więc pasowały. Te do nóg są jak wkładki pod pięty. Pakowane po 2 sztuki w przystępnej cenie dla tych, którzy, tak jak ja, jeżdżą raz w tygodniu. 10 zł.

Trasa:

91 km i prawie 6 godzin przygód.

Przeczytaj inne artykuły tej autorki:

110 km to jest coś, życie

To była moja 11. wyprawa rowerowa od ostatniego tygodnia sierpnia, czyli odkąd postanowiłam, że rower będzie mi w jakiś sposób zastępować dom. Skoro w wyniku wybuchu kamienicy straciłam go na jakiś bliżej nieokreślony, ale dłuższy czas…

Chłód, który rozpala: o odwadze, oponach zimowych i Beskidach

Moja motywacja tym razem była przepastna i wielopoziomowa. Po pierwsze, chciałam sprawdzić, czy jest możliwe jeżdżenie w zimowych warunkach i co ono oznacza. Po drugie, mam za sobą tydzień z komisjami rady miejskiej i sesją, a więc emocjami, których ciągle nie potrafię zignorować…

Zapomniane love storyHistoria

Zapomniane love story

Bartosz FrydrychowskiBartosz Frydrychowski2 kwietnia, 2025
Siła wspólnotyRodzinaSport

Siła wspólnoty

Karolina CiengielKarolina Ciengiel13 listopada, 2025

Skomentuj