Skip to main content

Niedawno usłyszałem, że Ukraińcy pochodzą „z innej kultury”. Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie to. Oczywiście, tego typu hasła słyszymy już od dawna – co najmniej od 2015 roku, gdy rozpoczął się pierwszy współczesny kryzys migracyjny w Europie. Różnica jednak polega na tym, że zarzut bycia obcym kulturowo formułowano wtedy wobec cudzoziemców z Bliskiego Wschodu, który to – bądź co bądź – jest geograficznie znacznie odleglejszy od Polski niż nasz południowo-wschodni sąsiad.

Szowinizm podnosi swój łeb

Wiemy, że nastroje antyukraińskie rosną w siłę. Dzieje się tak zarówno ze względu na zmęczenie tematem wojny z Rosją, działania wrogiej agentury, jak i rozmyślne podsycanie nastrojów przez polityków – nie tylko prawicowych fundamentalistów, ale także tych, którzy deklarują się jako centrowi, a nawet progresywni. Pamiętajmy, że Rafał Trzaskowski w swojej kampanii sam nalegał na odebranie 800+ niepracującym obywatelom Ukrainy. Można więc uznać, że ledwie trzy lata po rosyjskiej agresji antyukraińskość z marginalnego zjawiska stała się jednym z dopływów głównego nurtu.

Jej macki dotarły także do Cieszyna. Wszyscy pamiętamy skandaliczną i pożałowania godną aferę, w ramach której kolejni działacze skrajnej prawicy przyjeżdżali do naszego miasta tylko po to, by zerwać niebiesko-żółtą flagę z ratusza. Po kilku takich ekscesach dopięli w końcu swego. Burmistrzyni ugięła się pod ich naciskiem, a nawet pięknie zapozowała do zdjęcia z posłem Romanem Fritzem, znanym głównie z tego, że wraz z Grzegorzem Braunem wtargnął do szpitala w Oleśnicy.

Inność bezobjawowa

Wróćmy jednak do tematu tej nieszczęsnej obcości kulturowej i powiedzmy sobie wyraźnie: nic takiego nie istnieje. Ani w kontekście obywateli Syrii, Indii czy Tanzanii, ani tym bardziej, jeżeli chodzi o Ukraińców, którzy przecież są Słowianami bliskimi nam nie tylko geograficznie, ale też językowo i historycznie. To „życie w odrębnym kręgu kulturowym” to tylko tzw. psi gwizdek skrajnej prawicy, a więc hasło-wytrych, który przemyca do dyskusji uprzedzenia, by potem politycy mogli cynicznie zbierać na nich swój kapitał wyborczy.

Nie istnieje coś takiego jak obcość kulturowa. Współczesne nauki społeczne już dawno temu odrzuciły tego typu poglądy jako niemające pokrycia w rzeczywistości. Oczywiście, osoba z Nowej Zelandii czy Argentyny wychowywała się w innych warunkach ekonomicznych, przyrodniczych i społecznych, jednakże to nie sprawia, że nie będziemy w stanie się z nią porozumieć, by współżyć ze sobą w ramach jednego kraju i jednego społeczeństwa. Szczególnie w dobie internetu, gdzie wszyscy oglądamy te same filmy, gramy w te same gry, korzystamy z tych samych portali i śmiejemy się z podobnych memów.

Musimy pamiętać, że kultura to nie jest twardy kanon, który sprawia, że zawsze będziemy się zachowywali w taki, a nie inny sposób. Kultura daje nam możliwości: strategie przeżycia, środki komunikacji, sposoby radzenia sobie w trudnych sytuacjach. To wszystko są bardzo plastyczne wytwory, które możemy dostosowywać i przetwarzać, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Istotne jest, żeby był to proces obustronny. Tak samo jak przybywający do nas człowiek musi mieć otwartą głowę oraz chociażby minimalną chęć zrozumienia nas i naszych warunków życia, tak i my powinniśmy pomagać mu w oswojeniu się z nowymi realiami, w jakich się znalazł.

Prawica chce rozwiązać problemy, które sama stworzyła

Niestety, na tym polu nasz kraj zawodzi. Zamiast działań integrujących, zachowuje się jak ta jedna nauczycielka, która cały czas ma ogromne wymagania i grozi palcem, ale nie pomaga w przyswojeniu materiału. Polska strategia migracyjna upatruje w cudzoziemcach jedynie zagrożenie, któremu należy przeciwdziałać. Takie podejście i taka narracja uprawiana przez polityków to nie tylko problemy systemowe. Podejrzliwość połączona z niechęcią szybko zakorzenia się w zwykłych stosunkach międzyludzkich.

Skrajnie prawicowi politycy lubią powtarzać, że w kontekście migracji nie możemy popełnić błędów Europy Zachodniej. Jak zwykle w takich przypadkach, prowadzi nas to wprost na tę samą ścieżkę. Jeżeli nadal będziemy postrzegać obcokrajowców jako niepewny element, który należy traktować „z buta”, to na własne życzenie staniemy przed tymi samymi problemami: frustracją, niedopasowaniem, gettoizacją. Do wszystkich tych sytuacji naprawdę nie chcemy dopuścić. Szczególnie że przy minimalnym wysiłku moglibyśmy czerpać z imigrantów wymierne korzyści. Już teraz obywatele Ukrainy mieszkający w Polsce wnoszą do naszego budżetu i PKB więcej, niż otrzymują od państwa.

To władza jest problemem

Szczucie na migrantów po prostu się opłaca. Jakiś czas temu mieliśmy do czynienia z histerią w związku z naszą zachodnią granicą. Kanał Zero wyemitował trzyodcinkowy reportaż o Straży Obrony Granic, która miała zastępować niefrasobliwe służby. Dziwnym trafem we wszystkich tych nagraniach nie przewija się ani jeden migrant, natomiast możemy posłuchać wielu ludzi, którzy „znają sytuację”, bo coś od kogoś usłyszeli. Jak widać, bardzo łatwo jest wywołać moralną panikę, jednocześnie sprawnie ją kapitalizując, co robił zarówno Bąkiewicz, jak i Kanał Zero, a także inne podmioty wiozące się na rzekomym kryzysie migracyjnym na granicy z Niemcami, który najwidoczniej przebiegał bezobjawowo.

Musimy zrozumieć, że to nie migranci są problemem. Różnice kulturowe można pokonać przy minimum dobrej woli. Prawdziwym problemem są za to przedstawiciele władzy: politycy, propagandyści i ludzie posiadający kapitał, którzy chcą manipulować nastrojami tak, by ugrać na tym jak najwięcej dla siebie. W tym celu uczą nas uprzedzeń i paranoicznego podejścia do świata, w którym obcy równia się wróg.

Sam przez pięć miesięcy pracowałem z Ukraińcami. Są to ludzie tacy sami jak my: jedni mądrzy, drudzy głupi, jedni przyjemni w obyciu, inni irytujący. Nie możemy generalizować i traktować ich wszystkich jako jednej bezosobowej masy, która z definicji ma jakieś przypisane cechy. Nie da się wyciągnąć średniej z charakteru danego narodu.

Przede wszystkim pamiętajmy, że zawsze bliżej nam będzie do pracownika produkcji Serhija czy Kaleda rozwożącego jedzenie, niż Tuska, Brauna, Bosaka czy Stanowskiego, których żywotnym interesem jest, abyśmy skakali sobie nawzajem do gardeł, zamiast razem starać się walczyć przeciwko uprzywilejowanym kastom o lepsze warunki życia.