Ewa Gołębiowska to inicjatorka i wieloletnia dyrektorka Zamku Cieszyn (wcześniej Śląskiego Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości), pierwszego w Polsce regionalnego ośrodka designu. W rozmowie opowiada o początkach, rozwoju oraz idei, która stała za powstaniem Zamku. Komentuje zmiany, jakie w tej instytucji zaszły po jej przejściu na emeryturę oraz dzieli się opinią dotyczącą kompetencji potrzebnych nowej dyrekcji, bo przywrócić Zamkowi znaczenie i energię.
Natalia Kałuża (NK): Trwa konkurs na nową dyrektorkę bądź dyrektora Zamku Cieszyn. Pięć lat temu, po wielu latach zarządzania Zamkiem, przeszła Pani na emeryturę. To z Pani inicjatywy powstała ta instytucja. Jakie były jej początki?
Ewa Gołębiowska (EG): Był rok 2000, dobre spotkanie z przyjaciółmi. Rozmawialiśmy o cieszyńskim zamku, który powoli popadał w ruinę. Powstał pomysł, żeby spróbować wyremontować obiekt i przy tej okazji nadać mu nowe funkcje. Z tym pomysłem, będąc wtedy na czele Wydziału Edukacji i Kultury, zjawiłam się u burmistrza Bogdana Ficka, a Luk Palmen odwiedził marszałka województwa śląskiego, którym był Jan Olbrycht. Polska nie była jeszcze wtedy w Unii Europejskiej, ale trafiały już do nas fundusze przedakcesyjne i trwało poszukiwanie dobrych pomysłów. Co oznacza, że było otwarcie i oczekiwanie, żeby projekty i inwestycje nie dotyczyły jedynie dróg, mostów i oczyszczalni.
NK: Proszę opowiedzieć więcej o samej idei, która stała za Zamkiem Cieszyn. To wtedy Cieszyn stał się pierwszym w Polsce regionalnym ośrodkiem designu.
EG: Myślę, że największą wiedzę na temat znaczenia designu w gospodarce miał Luk Palmen, w końcu Belg. Wiedzieliśmy, że stoimy przed transformacją przemysłową Śląska, a wzornictwo będzie bardzo potrzebne polskim firmom, które zaraz staną przed koniecznością konkurowania z firmami z Unii Europejskiej i ich produktami. Kiedy konsultowałam te wizje z lokalnym środowiskiem artystycznym, to często pojawiał się taki zarzut: „Naprawdę będziesz chciała w galerii pokazywać teraz odkurzacze?” – to zdanie zawsze mi towarzyszyło, bo oczywiście chciałam pokazywać odkurzacze, a na jednej z pierwszych wystaw pokazaliśmy również mopy, zaprojektowane przez Ergo Design. To było dla wielu trudne do zrozumienia, ale z drugiej strony to był dobry czas na zarażanie siłą dobrego projektowania. Nazywałam to tradycją dobrej roboty. Jesteśmy na Śląsku, wobec czego mogłam się odwoływać do tego etosu śląskiego, gdzie coś po prostu musiało być porządnie wykonane. To był też proces, kiedy odkrywałam lokalność designu i mogłam mówić mieszkańcom i mieszkankom Cieszyna, że mieli tutaj fabrykę Josefa i Jacoba Kohnów, którzy robili nieprawdopodobnie nowoczesne meble z wykorzystaniem giętej buczyny, że to tutaj Przyboś i Strzemiński drukowali tomik „Sponad”. No i stąd pochodzi Karol Śliwka. Nie mieliśmy przekonania, że porywamy się z motyką na słońce. Wiedziałam tylko, że muszę unikać frustratów i nie słuchać ludzi, którzy byli przekonani, że to się nie ma prawa udać.
NK: Bardzo szybko okazało się, że to Pani miała rację i Zamek Cieszyn na przestrzeni lat niesamowicie się rozwinął. Przyjeżdżali tutaj uznani projektanci, projektantki, ludzie zajmujący się sztuką. Jakie projekty Pani zdaniem najbardziej przyczyniły się do zmian w środowisku lokalnym?
EG: Starałam się opierać stereotypom, że to, co ludowe, zostanie w Cieszynie, a to, co „dizajnerskie” i międzynarodowe, będzie dla ludzi z Warszawy. Okazywało się, że to nasze nowe myślenie o lokalności było istotne dla całego szeregu osób i organizacji, a także firm, które powstawały wtedy w Cieszynie i w większości do teraz funkcjonują. Myślę, że mieliśmy bardzo nowoczesne i chyba płynące z miłości przekonanie, że to, co lokalne, może być również globalne, i że to, co globalne, warto testować na lokalnych skalach. Że ta skala mikro nie jest gorsza od skali makro, bo makro nie może istnieć bez mikro. Mieliśmy niebywałe szczęście do ludzi i to moje przekonanie, żeby unikać frustratów, a iść do tych, którzy mają wiedzę, kompetencje i doświadczenie, ale mają również entuzjazm, sprzyjało temu, że tak wiele było możliwe. To, że nam się udawało wplatać Cieszyn w międzynarodowe sieci, takie jak Human Cities czy Design for All Europe, pokazywało, że możemy tutaj przyciągać ludzi z zewnątrz i być dla nich atrakcyjnym miejscem.
NK: Które projekty realizowane przez Zamek Cieszyn były dla Pani najbardziej istotne?
EG: Myślę, że bardzo ważny był pierwszy projekt, czyli Śląska Sieć na Rzecz Wzornictwa, która pozwoliła stworzyć najważniejsze i wciąż istotne wydarzenia. Mam na myśli Śląską Rzecz i Najlepsze Dyplomy Projektowe – bo taka była pierwsza nazwa dla Graduation Projects. Pierwsze siedem lat Zamku było wolnością. Mieliśmy znaczny kredyt zaufania zarówno po stronie lokalnej władzy, jak i w Urzędzie Marszałkowskim. Potem zaczęły się chude lata, bo pieniądze może były, ale zaufania, wobec tego wolności i wsparcia, było znacznie mniej.
Wbrew swojskiej nazwie bardzo ważne było coroczne świętowanie urodzin Zamku. Nie chodziło przecież o urodzinowy tort (fasolowy!), tylko o możliwość spotkań i dyskusji pomiędzy tak różnymi środowiskami. Możliwość publicznego opowiedzenia, co się wydarzyło, okazja do podziękowań i radości. Tego też już nie ma, a za tym tęsknimy.
NK: Po 16 latach na stanowisku dyrektorki Zamku zdecydowała się Pani przejść na emeryturę. Zastanawiam się, jaką instytucję wtedy Pani zostawiała?
EG: Po pierwsze powiedziałabym, że to było po 21 latach, dla mnie to było naprawdę ponad 20 lat. Zdecydowałam się przejść na emeryturę dlatego, że wydawało mi się, że każdej innej osobie będzie łatwiej i że być może nowy dyrektor będzie mógł dla Zamku osiągnąć więcej.
NK: Ma Pani na myśli sytuacje związane z lokalną polityką?
EG: Z lokalną i z wojewódzką. W Urzędzie Marszałkowskim był wtedy PiS i myślę, że oni bardzo czekali i też trochę pracowali nad tym, żebym zrezygnowała. W pewnym momencie powiedziałam, że mam już dosyć. Była to również decyzja związana z moją sytuacją osobistą. Byliśmy już wtedy rodziną zastępczą. W domu był młody chłopak i moja ponad 80-letnia mama na wózku. Był to też czas Covidu. Przy bardzo małej współpracy i wsparciu, przy nieustannych i długotrwałych kontrolach nie było mi łatwo. Wtedy, może naiwnie, wydawało mi się, że Zamek jest w na tyle dobrej kondycji, że nie będzie gorzej i że ta nowa osoba być może będzie miała po prostu łatwiejszy start.
NK: Szybko okazało się, że tak nie jest?
EG: Pamiętam konkurs na stanowisko dyrektora Zamku. Pamiętam również ten niespotykany atak Jana Kawuloka, członka komisji, ważnego polityka PIS, na Ewę Trzcionkę, polegający na upublicznieniu jej prywatnego wpisu na Facebooku. Może dobrze, że tak się stało, bo pozwoliło to nagłośnić tę haniebną sytuację. Wybrana osoba nie miała żadnego doświadczenia nie tylko w designie – dotychczas nie zarządzała samodzielnie zespołami ludzi, dużymi projektami czy obiektami. Wprawdzie zapowiedziała, że nauczy się wszystkiego – najpierw padła obietnica, że w trzy miesiące, potem, że w pół roku, ale nawet w ciągu tych pięciu lat to się chyba nie udało. Ale też taki to był konkurs i taki był wybór, w dodatku wybór na całą, długą, pięcioletnią kadencję. I powiem metaforycznie, bo ja jestem ogrodniczką: wielokrotnie mówiłam zespołowi Zamku, który nie umiał pogodzić się z tak znaczną zmianą i osoba po osobie się wykruszała, że czasami coś przemarznie albo się przez przypadek zetnie albo przeleje i wydaje się, że z tego już nic nie będzie, ale jednak przetrwa i odbije. Teraz widać, że jednak dużo przetrwało. Jest nadzieja.
W tym czasie z programu Zamku świadomie został wykasowany obszar przedsiębiorczości, co zdumiewa, bo dla wielu burmistrzów to właśnie przedsiębiorczość była działalnością Zamku, którą rozumieli, akceptowali i wspierali w Zamku. Rozwinęła się za to turystyka, nowe centrum turystyczne, które, mam nadzieję, rozwinie się szerzej i wyjdzie śmiało poza atrapę tramwaju – i Muzeum Drukarstwa. Designu jest coraz mniej, funkcjonują niektóre projekty, czyli Śląska Rzecz i Graduation Projects, ale generalnie nie ma żadnych spotkań, warsztatów, szkoleń, żadnych inicjatyw, które były związane z designem i ze środowiskiem kreatywnym. Tego było w przeszłości dużo i połączone z przedsiębiorczością, to Cieszyn tak naprawdę żywiło. Więc do tego należałoby wrócić. Osobiście boleję nad tym, co się stało ze Skarbami z Cieszyńskiej Trówły. Było to wydarzenie, które z założenia miało łączyć świat rzemiosła, tradycji, historii, ale również kreatywności, sztuki i nawet eksperymentu. I to zupełnie zwiędło, zostało w dodatku przeniesione na sierpień i stało się świętem wina. Myślę, że zainteresowanie wokół konkursu pokazuje najlepiej, bo wbrew pozorom nie wprost, że to jest instytucja ważna dla ludzi. Że ludzie czekają, żeby się odnowiła, rozwinęła. Może jest to nie tylko oczekiwanie, ale również tęsknota?
NK: Jakie kompetencje powinien mieć nowy dyrektor lub dyrektorka Zamku Cieszyn?
EG: Teraz się dużo mówi o partycypacji. Więc z jednej strony powiem, że oczywiście ważna jest umiejętność słuchania, obserwowania, inspirowania się. Niezwykle cenna jest także umiejętność tworzenia długotrwałych, wiarygodnych relacji. Żeby Zamek miał zasilanie i żeby zasilał. Istotne są relacje z miastem, ale to oznacza nie tyle Urząd, co trwałe związki z mieszkańcami, organizacjami pozarządowymi, uczelniami, twórcami. To jest budowanie dobrych emocji, odkrywania i wspominania, bo przecież z Zamku korzystały rodziny, dzieci, i to należałoby rzeczywiście nadal robić. Wydaje mi się, że istotne jest znalezienie osoby, która słucha, obserwuje, inspiruje się, ale ma również na tyle siły i charyzmy, że potrafi wytyczać kierunki i je zmieniać. W świecie designu mówi się dużo o odpowiadaniu na niewypowiedziane, czasami nieuświadomione potrzeby. Ja umiałam słuchać i uczyłam się tego designu, bo musiałam, ale przede wszystkim znalazłam kapitalne osoby, które były w tym doświadczone. Stworzyłam nieformalną radę, pytałam i słuchałam. Dobrze by było, żeby nowa osoba kierująca Zamkiem umiała słuchać i znajdować ludzi, którzy mogą być pomocni.
NK: Jakie wyzwania stoją przed nowym dyrektorem/dyrektorką Zamku? W końcu ta rola to nie tylko realizacja programu merytorycznego, ale również inwestycje, które trzeba pilnie przeprowadzić.
EG: Problem jest taki, że, jeśli dobrze pamiętam, Zamek tak naprawdę nie posiada swoich obiektów, ciągle jest jedynie zarządcą. Wobec czego działania inwestycyjne tak naprawdę należą do właściciela – czyli miasta. Zarządca maluje, przykręca klamki, wymienia żarówki, ale także, jeżeli coś jest niebezpieczne, mówi: „dobrze, zamykamy, nie chodzimy tędy”. To jest oczywiście bardzo trudna rola. W Zamku współpracowałam z 4 burmistrzami. Niestety, zarówno Mieczysław Szczurek, jak Ryszard Macura i Gabriela Staszkiewicz nie byli burmistrzami, którzy by się chcieli Zamkiem chwalić, którzy by uważali, że mamy jakąś perłę (designu, oczywiście) i że możemy jako miasto w ten sposób się wyróżnić. Nie widzieli tej szansy. Z jakichś powodów atrapa tramwaju stała się dla miasta, a może i dla obecnej dyrekcji Zamku, cenniejsza. Mówię o niej nie bez przyczyny, ponieważ jej wykonanie było dużo droższe niż nowe schody, zamiast drewnianych, które ostatnio się zawaliły. Zamek od 2018 roku dysponuje ambitnym, nowoczesnym projektem, ale miasto nie chciało go zrealizować. Może to wciąż jest kwestia edukacji, że pewnych rzeczy nie jesteśmy w stanie docenić, jeżeli ich nie rozumiemy. A może naszych polskich charakterów, tego, że trudno docenić sukcesy innych. To nie dotyczy tylko Cieszyna, że coś ważnego było, a teraz z tego złotego rogu mamy jedynie sznur i zwalone schody. Bo to nam się zdarzyło też w Polsce. Tych pierwszych kilkanaście lat XXI wieku to był okres entuzjazmu, zachłyśnięcia się nowoczesnością i europejskością. Wszyscy bardzo chcieli być obywatelami Europy. I myśmy wtedy na tym płynęli, bo design był widziany jako narzędzie budowania wizerunku firm, a nawet miast i regionów. No ale potem, kiedy okazało się, że polityka historyczna jest ważniejsza, już nie chcemy być Europejczykami, tylko tymi Polakami z krwi i kości… to design tak naprawdę zszedł na dalszy plan. Ta strata widoczna w całej Polsce, więc ponownie trzeba pracy, by wprowadzić design do programów i polityk, regionalnych krajowych. Z tym, że teraz robimy to przez Stowarzyszenie Projektowe SPFP, z ważnymi polskimi instytucjami a nawet ministerstwami i w ramach szerszego europejskiego programu.
NK: A jak wygląda Pani życie po Zamku Cieszyn? Wiem, że zajęła się Pani obróbką wełny.
EG: Zacznę od designu. Bo warto przypomnieć, jak się zmieniał. Na samym początku myśleliśmy w Zamku głównie o projektowaniu przemysłowym ważnym dla firm, które miały konkurować z produktami europejskimi. W międzyczasie pojawiło się zarządzanie designem, projektowanie usług publicznych i innowacji społecznych. W ciągu kilkunastu lat od tego zachłyśnięcia się nowoczesnością i atrakcyjnymi produktami, przeszliśmy do świadomości, że mamy wszystkiego za dużo i że to jest straszliwa strata także dla planety. Naprawdę trzeba myśleć o cyrkularności, o powtórnym użytkowaniu tego, co mamy. Ale także o tym, co jest cenne, a straciło wartość, więc jest wyrzucane. I to jest moja droga wełny. Moim najdłuższym marzeniem zawodowym była Szkoła Rzemiosł w Cieszynie, którą zdążyłyśmy wpisać w projekt norweski dla miasta. Udało mi się być uczennicą w jej pierwszej edycji, w klasie wełny, i nauczyłam się tam nie tylko robić skarpetki, ale przede wszystkim gręplować i prząść. No i to mnie pochłonęło.



