Skip to main content

Podczas 24. Objazdowego Festiwalu Filmowego WATCH DOCS. Prawa Człowieka w Filmie – Cieszyn! można było spotkać Dalię Mikulską, autorkę wstrząsającej książki „Kiedyś wszyscy byliśmy tu ludźmi. Reportaże z Palestyny”.

To nie była moja pierwsza lektura dotycząca tego obszaru. A jednak dopiero to spotkanie – świetnie poprowadzone przez Agnieszkę Karpiel i Natalię Kałużę – zostawiło we mnie niepokój, którego wtedy jeszcze nie rozumiałam. Zastanawiałam się, dlaczego autorka gubi wątki, milknie w połowie zdania, gaśnie.

Zrozumiałam to dopiero kilka dni później, po lekturze książki. Tego ciężaru nie da się unieść w zwykłej rozmowie. W opuszczonym wzroku i rozproszeniu uwagi mieściła się cała wysłuchana przemoc, niesprawiedliwość i bezsilność. Dziś wracam do tamtego spotkania i widzę je inaczej – to wyciszenie było jedyną możliwą formą mówienia. A może raczej: jedyną formą przetrwania tego, co zostało usłyszane.

O pewnych rzeczach nie da się już mówić. Zostaje – w najlepszym razie – zapisane słowo. Świadek.

Książka ma przemyślaną, wyraźną strukturę. Już na pierwszych stronach pojawia się swoisty słownik pojęć (m.in. Zachodni Brzeg, Strefa Gazy), ważne postaci (Mahmud Darwisz, Hanan Aszrawi) oraz „antysłownik” (np. Autonomia Palestyńska, terroryzm). To nie tylko ciekawy zabieg formalny, ale przede wszystkim świadome wyznaczenie ramy – autorka jasno zaznacza swoją perspektywę i sposób opowiadania świata.

Dalej prowadzi nas przez kolejne rozdziały, które można czytać nielinearnie – każdy z nich jest osobnym wejściem w rzeczywistość, ale razem budują spójny obraz. Książka doczekała się już wielu recenzji i rekomendacji – warto do nich zajrzeć (linki poniżej). Ja jednak ośmielam się dodać własną refleksję – przede wszystkim po to, by zachęcić do lektury.

Bo to książka świetnie napisana: ma rytm, napięcie, wyczuwalny pośpiech, jakby opowieści próbowały zdążyć przed końcem – przed śmiercią, przed zapomnieniem, przed utratą głosu przez tych, którzy te słowa wypowiadają.

I, co dla mnie najważniejsze – wywołuje inne emocje niż większość tekstów o tym regionie. Nie płacz, nie paraliż, nie wzruszenie.

Złość. Krzyk. Opór.

Gest niemal fizyczny – kreślenie, drapanie, niemal rozdzieranie stron. Jakby ciało próbowało odpowiedzieć tam, gdzie słowa już nie wystarczają.

Rozdział, który mnie zatrzymał, to „Lud Izraela żyje”. Szczególnie poruszający jest wątek nieletnich – dzieci trafiających do więzień, poddawanych aresztowi administracyjnemu. Maksymalny okres „pobytu” to sześć miesięcy, ale może być on przedłużany bez końca. Do więzień trafiają nawet dwunastolatkowie – co w praktyce oznacza często koniec edukacji i trwałe naznaczenie całego życia.

Zatrzymania odbywają się w nocy, z użyciem przemocy, zastraszania, upokorzeń. A jeśli ktoś zostaje wypuszczony – bywa, że słyszy, iż było to „ćwiczenie”.

Nieletni stają przed tymi samymi sądami, co dorośli.

Tytuł rozdziału odnosi się m.in. do praktyki zmuszania więźniów do nocnego śpiewu i tańca przy „Am Israel Chai” – przy jednoczesnym szczuciu psami i biciu. Trudno to czytać bez poczucia fizycznego bólu.

A jednak w tym samym rozdziale pojawia się coś, co pozwala czytać dalej – słowo: jednoczenie.

Ponad podziałami. Ponad różnicami.

Bo – jak pada w książce – podział jest warunkiem skuteczności przemocy.

I to jest moment, w którym ta książka zaczyna mówić także o nas. Nie tylko o tym, co wspierać, ale czego się uczyć. Jest tam zdanie, które we mnie zostało:

„Zacząłem pościć dopiero w więzieniu. Bo tam musisz w coś wierzyć, inaczej zwariujesz”.

To zdanie wybrzmiewa szerzej – jako opowieść o potrzebie zakorzenienia, o wierze w ciągłość, w to, że nie powstaliśmy z niczego. Przemoc, którą opisuje Mikulska, to nie tylko fizyczne działanie – to także systematyczne niszczenie tożsamości, relacji, pamięci.

Tym, co wyróżnia tę książkę, jest właśnie ta perspektywa: narracja zbudowana z jednostkowych historii – wysłuchanych uważnie, na miejscu, bez pośpiechu, bez skrótu.

To książka, która uwiera.

I dobrze, że uwiera.