Skip to main content

Jest środek lata, piątek 17 lipca 2026 roku, kiedy lokalne media obiega informacja o niesamowitym wyzwaniu, jakiego podjął się Grzegorz Szczechla – nauczyciel biologii w II Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Cieszynie oraz wszechstronny ultrasportowiec z Ustronia, rywalizujący na poziomie międzynarodowym w kolarstwie długodystansowym oraz biegach przeszkodowych.

Wyzwanie to projekt charytatywny „Wyścig ze Słońcem”, polegający na przejechaniu rowerem Polski z Wisły (gdzie znajdują się źródła rzeki Wisły) do Gdańska w jeden dzień, docierając do celu przed zachodem słońca. Nie tylko dla własnej satysfakcji i kolejnego „osiągu”, ale przede wszystkim dla młodzieży. Bowiem projektowi towarzyszy założona przez pana Szczechlę zbiórka internetowa, której celem jest zebranie pieniędzy na fundusz stypendialny dla zdolnych uczniów cieszyńskiego Kopera.

Challenge zostaje osiągnięty – Grzegorz Szczechla po morderczej walce z upałem, zmęczeniem i bólem stopy, melduje się nad Bałtykiem po 15-godzinnej jeździe, przejechaniu 620 km, utrzymując imponującą średnią prędkość ok. 41 km/h. W tym samym czasie zbiórka charytatywna szaleje! W momencie, kiedy kończę pisać ten tekst, zebrano już ponad 125 tysięcy złotych i kwota ta nadal rośnie!

W wywiadzie chcę przybliżyć sylwetkę tego nietuzinkowego człowieka w jego różnych rolach życiowych – jako nauczyciela, sportowca, społecznika i po prostu Grzegorza Szczechli – męża, brata, członka rodziny.

KC: Panie Grzegorzu, musimy zacząć rozmowę od podstawowego pytania – skąd pomysł na to nadludzkie wyzwanie – „Wyścig ze Słońcem”?

Pomysł dojrzewał we mnie właściwie przez cały rok. Szukałem wyzwania, które nie będzie wyłącznie kolejnym wynikiem sportowym czy próbą przesunięcia własnych granic. Chciałem, żeby wysiłek, przygotowania i zainteresowanie, jakie może wzbudzić taki projekt, przełożyły się na coś znacznie trwalszego.

Na co dzień spotykam w szkole młodych ludzi pełnych pasji, talentu i ambitnych marzeń. Widzę jednak również, że nie każdy ma takie same możliwości rozwijania swoich zainteresowań. Dlatego postanowiłem połączyć sport z utworzeniem funduszu stypendialnego dla najzdolniejszych uczniów naszej szkoły.

Sama trasa także miała znaczenie symboliczne. Chciałem wystartować tam, gdzie Wisła rozpoczyna swój bieg i dotrzeć do miejsca, w którym wpada do Bałtyku. Od źródła do ujścia, od wschodu do zachodu słońca. Wiedziałem, że będzie to niezwykle trudne, ale właśnie dzięki temu projekt mógł zwrócić uwagę na cel, który był od samego początku najważniejszy.

KC: Pana odpowiedź pozwala nam płynnie przejść do kolejnych pytań, które będą oscylowały wokół pierwszej z Pana życiowych ról – nauczyciela biologii w II LO w Cieszynie. Jak uczniowie reagują na Pana sukcesy? Czy biolog na lekcjach wykorzystuje przykłady z życia sportowca (parametry podczas wysiłku, regeneracja, dieta, itp.)?

Uczniowie reagują bardzo żywiołowo. Część z nich naprawdę interesuje się sportem i pyta o treningi, sprzęt czy wyniki.

Sport daje mi ogromną liczbę praktycznych przykładów, które można wykorzystać podczas lekcji biologii. Fizjologia wysiłku, praca serca, układ oddechowy, termoregulacja, metabolizm, gospodarka wodno-elektrolitowa, zmęczenie czy regeneracja przestają być wtedy wyłącznie teorią z podręcznika. Mogę pokazać uczniom rzeczywiste pomiary tętna, temperatury ciała, poziomu glukozy czy zapotrzebowania energetycznego podczas wielogodzinnego wysiłku.

Staram się jednak, żeby moje starty nie stawały się głównym tematem lekcji. Mają być narzędziem, dzięki któremu biologii można dotknąć i zobaczyć, że procesy omawiane w szkole naprawdę zachodzą w naszym organizmie każdego dnia.

KC: Czego szkoła i praca z młodzieżą uczą sportowca ekstremalnego? I na odwrót – co do zaoferowania ma pedagog, który poza swoją pracą zajmuje się tak wyjątkowym i jednocześnie trudnym sportem?

Praca z młodzieżą uczy przede wszystkim cierpliwości, uważności i pokory. Każdy uczeń jest inny, każdy potrzebuje innego sposobu dotarcia, innego tempa oraz innego rodzaju wsparcia. W sporcie jest bardzo podobnie. Nie każdy dzień treningowy jest idealny, nie każdy plan udaje się zrealizować, a organizmu nie da się zmusić do rozwoju samą siłą woli.

Z kolei sport nauczył mnie systematyczności, odpowiedzialności i radzenia sobie z porażkami. Tego staram się uczyć młodzież. Nie przez powtarzanie, że trzeba być najlepszym, ale przez pokazywanie, że warto próbować, przygotowywać się i nie rezygnować po pierwszym niepowodzeniu. Chciałbym, żeby uczniowie widzieli we mnie nie człowieka, któremu wszystko przychodzi łatwo, lecz kogoś, kto wiele razy przegrywał, popełniał błędy, wyciągał wnioski i zaczynał jeszcze raz.

KC: Przejdźmy teraz na chwilę do listy Pana osiągnięć – jest ona bardzo imponująca! Wygrał Pan aż 7 z 13 edycji Runmageddonu, w których brał Pan udział. Triumfował Pan także w prestiżowym cyklu OCR Series w Niemczech. W 2022 roku zajął Pan 4 miejsce na Mistrzostwach Świata Spartan w Abu Zabi oraz 12 miejsce na Mistrzostwach Świata Spartan Ultra we Francji w 2024. Natomiast rok temu pokonał Pan przewyższenie Mount Everest (8848 m) na Równicy w czasie 7 godzin i 40 sekund,, poprawiając tym samym czas Alberto Contadora o 26 minut. Jak wspomina Pan rywalizację na Mistrzostwach Świata Spartan w Abu Zabi i we Francji?

To były dwa całkowicie różne doświadczenia. Abu Zabi oznaczało rywalizację w upale, na pustyni i w warunkach bardzo odległych od tych, w których trenuję na co dzień. Czwarte miejsce na mistrzostwach świata było dla mnie ogromnym sukcesem, ale pozostał też niewielki niedosyt, bo podium było bardzo blisko. Z drugiej strony, właśnie takie wyniki najbardziej motywują. Pokazują, że można rywalizować z najlepszymi zawodnikami na świecie, ale jednocześnie pozostawiają przestrzeń do dalszej pracy.

Mistrzostwa świata Spartan Ultra we Francji były zupełnie inną próbą. Dystans, przewyższenia, przeszkody i czas spędzony na trasie powodowały, że nie był to już tylko wyścig szybkościowy. Trzeba było odpowiednio rozłożyć siły, odżywiać się, zachować koncentrację i reagować na kolejne kryzysy.

KC: Co dzieje się w głowie człowieka podczas tak, wydawać by się mogło, monotonnego i morderczego wysiłku, jak everesting na Równicy?

Na początku człowiek myśli o wszystkim: o tempie, mocy, jedzeniu, pogodzie i o tym, ile jeszcze zostało. Po kilku godzinach perspektywa bardzo się zawęża. Przestaje się myśleć o całym dystansie, bo świadomość liczby pozostałych podjazdów mogłaby przytłoczyć. Koncentruje się wyłącznie na najbliższym odcinku: dojechać do góry, bezpiecznie zjechać, zawrócić i rozpocząć kolejne powtórzenie.

Paradoksalnie, monotonia może pomagać. Pojawia się rytm, niemal automatyzm. Najtrudniejsze są chwile, w których coś ten rytm zaburza: ból, spadek mocy, problemy z jedzeniem albo świadomość, że wynik zaczyna się oddalać.

Wtedy nie pomaga wielka, patetyczna motywacja. Pomagają małe zadania. Jeszcze jeden podjazd. Jeszcze kilka minut. Jeszcze jeden łyk i kolejna porcja energii. Wielkie wyzwania w rzeczywistości pokonuje się właśnie w taki sposób – dzieląc je na bardzo małe fragmenty.

KC: „Wyścig ze Słońcem” (Wisła-Gdańsk w 15 godzin) to Pana pierwszy projekt charytatywny. Genezę tego wydarzenia już znamy, porozmawiajmy chwilę o motywacji, jaka może płynąć z udziału w takim wyzwaniu. Czy świadomość, że jedzie Pan dla swojej młodzieży, pomagała w chwilach kryzysu?

Zdecydowanie tak. Podczas tak długiego wysiłku przychodzi moment, w którym motywacja związana wyłącznie z własnym wynikiem przestaje wystarczać. Człowiek jest zmęczony, wszystko boli, a cel nadal wydaje się bardzo odległy. Wtedy świadomość, że nie jadę wyłącznie dla siebie, miała ogromne znaczenie.

Nie chcę jednak przedstawiać tego tak, jakby świadomość celu usuwała ból. Ból nadal był, podobnie jak zmęczenie. Cel sprawiał natomiast, że łatwiej było je zaakceptować i jechać dalej. Najbardziej niezwykłe było to, że podczas gdy ja pokonywałem kolejne kilometry, tysiące osób wspólnie budowały coś znacznie większego niż sam przejazd.

KC: Jaką lekcję młodzi mogą dla siebie wyciągnąć z Pana wyczynu? Czy granice istnieją tylko w naszych głowach?

Nie powiedziałbym, że granice istnieją wyłącznie w naszej głowie. To brzmi efektownie, ale nie zawsze jest prawdą. Mamy przecież granice fizyczne, zdrowotne, finansowe czy wynikające z okoliczności, na które nie mamy wpływu. Najważniejsze jest jednak to, że bardzo często nie wiemy, gdzie naprawdę przebiega nasza granica, dopóki nie zaczniemy się do niej zbliżać.

Chciałbym, żeby młodzi ludzie zobaczyli, że za dużym osiągnięciem nie stoi jeden moment. Stoją za nim miesiące przygotowań, setki zwyczajnych decyzji, wiele nieudanych prób i ludzie, którzy pomagają nam po drodze.

Drugą ważną lekcją jest to, że własne marzenia można połączyć z pomaganiem innym. Sukces nie musi oznaczać wyłącznie zdobycia czegoś dla siebie. Może stać się sposobem na zwrócenie uwagi na innych ludzi i stworzenie im nowych możliwości.

Nie chciałem powiedzieć uczniom: każdy musi przejechać 620 kilometrów. Chciałem im powiedzieć: znajdźcie własne źródło i własny Bałtyk. Wybierzcie cel, który jest dla was ważny, przygotujcie się i odważcie się wyruszyć.

KC: Spróbujmy teraz przedstawić Grzegorza Szczechlę trochę z perspektywy jego życia prywatnego. Doba ma tylko 24 godziny. Jak udaje się Panu pogodzić treningi, pracę i czas dla rodziny?

Nie zawsze udaje się to pogodzić idealnie i nie chciałbym tworzyć takiego obrazu.

Podstawą jest bardzo dobra organizacja. Dużą część treningów wykonuję wcześnie rano albo w godzinach, które nie kolidują z pracą. Staram się planować tydzień z wyprzedzeniem, ale jednocześnie pozostawiać przestrzeń na sytuacje, których nie da się przewidzieć.

Sport uczy zarządzania czasem, lecz wymaga również rezygnacji z wielu rzeczy. Nie da się jednocześnie realizować wszystkich planów, być wszędzie i ze wszystkimi się spotykać.

Nadal się tego uczę. Równowaga nie jest czymś, co osiąga się raz na zawsze. Trzeba ją ciągle na nowo odnajdywać.

KC: Jestem w stanie sobie wyobrazić, że życie ze sportowcem niesie wiele wyzwań. Jak bliscy „znoszą” Pana pasję? Czy to oni tworzą kluczowy team wspierający?

Bez wsparcia najbliższych większość tych projektów nie byłaby możliwa. Z zewnątrz widać zawodnika na rowerze albo na trasie biegu, ale za jego startem stoi wiele osób. Ktoś toleruje bardzo wczesne pobudki, zmęczenie po treningach, podporządkowywanie planów kolejnym zawodom oraz dom pełen sprzętu sportowego.

Podczas „Wyścigu ze Słońcem” znaczenie miał cały zespół: osoby odpowiedzialne za logistykę, jedzenie, bezpieczeństwo, media i zbiórkę. Ja pedałowałem, ale sukces tego projektu był wynikiem pracy wielu ludzi. Najbliżsi są jednak fundamentem tego zespołu, bo wspierają mnie nie tylko przez kilkanaście godzin wyzwania, lecz także przez wszystkie miesiące przygotowań.

KC: A czym zajmuje się Grzegorz Szczechla, kiedy całkowicie odkłada rower i buty do biegania?

Takie momenty zdarzają się rzadziej, niż zapewne powinny. Nawet kiedy nie trenuję, często planuję kolejne projekty, wydarzenia albo analizuję pomysły, które właśnie przyszły mi do głowy.

Najbardziej potrzebuję jednak wtedy zwyczajności: czasu spędzonego z bliskimi, spokojnego dnia bez patrzenia na zegarek, spaceru, dobrej kawy czy rozmowy niezwiązanej ze sportem. Lubię też tworzyć nowe przedsięwzięcia. Organizacja wydarzeń, takich jak Barbarian Race, jest wprawdzie pracą i dużą odpowiedzialnością, ale również działalnością, która daje mi ogromną satysfakcję.

Sport jest ważną częścią mojego życia, lecz nie chciałbym, żeby był całą moją tożsamością. Wyniki wcześniej czy później przeminą. Znacznie ważniejsze pozostaną relacje, ludzie i rzeczy, które udało się wspólnie zbudować.

KC: Na koniec naszej rozmowy spójrzmy na chwilę w przyszłość – jakie jest Pana kolejne „niemożliwe” marzenie sportowe i edukacyjne?

Sportowo nadal najbardziej fascynują mnie wyzwania, w których trzeba połączyć wytrzymałość fizyczną, strategię, technologię i odporność psychiczną. Jednym z moich wielkich celów jest dwunastogodzinna próba kolarska i sprawdzenie, jak daleko można przesunąć granicę podczas jazdy na czas. Nie chodzi jednak wyłącznie o liczbę kilometrów. Chcę przygotować ten projekt tak, aby ponownie miał znaczenie większe niż sam rezultat.

Edukacyjnie marzę o tym, żeby fundusz stypendialny nie był jednorazowym efektem „Wyścigu ze Słońcem”. Chciałbym, aby działał przez kolejne lata, rozwijał się i regularnie pomagał uczniom realizować ich pomysły. Być może ktoś dzięki takiemu wsparciu pojedzie na olimpiadę, rozpocznie badania, kupi potrzebny sprzęt albo uwierzy, że jego marzenie rzeczywiście jest osiągalne.

Największym sukcesem nie będzie więc kolejny rekord. Będzie nim sytuacja, w której za kilka lat któryś z uczniów powie, że otrzymane wsparcie pozwoliło mu zrobić pierwszy ważny krok.

Bardzo dziękuję za rozmowę.