O swojej nowej książce „Betlejem. Życie codzienne rdzennych chrześcijan w mieście narodzenia Jezusa” opowiada Sylwia Hazboun. Rozmawiamy o codzienności, chrześcijańskiej tożsamości, emigracji, a także o tym, czego od mieszkańców Betlejem można nauczyć się o życiu obok siebie w wielowyznaniowym środowisku.
„Chciałam opisać wszystko to, czego nie da się doświadczyć podczas pielgrzymki”
Patrycjusz Miazgowski: Twoja książka opowiada o życiu codziennym palestyńskich chrześcijan. Dlaczego właśnie codzienność i dlaczego Betlejem?
Sylwia Hazboun: Z Betlejem jestem najbardziej związana przez rodzinę mojego męża. Skupiłam się na nim także dlatego, że jest pewną soczewką, która dobrze reprezentuje świat bliskowschodnich chrześcijan. To tam odbywają się choćby obchody Świąt Bożego Narodzenia i przyjeżdżają wtedy chrześcijanie z innych części Palestyny.
Ale napisałam o Betlejem również dlatego, że wielu Polaków tam jeździ. Zwiedza Bazylikę Narodzenia, Grotę Mleczną, może jeszcze parę innych miejsc, ale nie widzi życia codziennego ludzi. Więc postanowiłam opisać wszystko to, czego nie da się doświadczyć podczas pielgrzymki.
Spotkałam się też z tym, że wiele osób w ogóle nie dowierza, że w Palestynie są chrześcijanie. Bardzo często ludzie myślą, że to konwertyci z islamu. To nie są konwertyci z islamu. To rdzenni chrześcijanie.
To są ludzie, którzy nigdy nie byli muzułmanami. Jeżeli już kimś byli wcześniej, to 2000 lat temu albo żydami, albo poganami przed przyjęciem chrześcijaństwa. Później przewinęło się przez ten teren wiele innych ludów, więc dzisiaj są również wymieszani z przyjezdnymi. Ale ta rdzenność w nich jest i oni się jej trzymają.
Betlejem sprzed dwóch tysięcy lat nie było takie, jak na pocztówce
P.M.: W książce wracasz też do tego, jak mogło wyglądać Betlejem w czasach Jezusa. Co z tamtego świata przetrwało do dziś?
S.H.: Z pewnością warto znać prawdę o tym – i to też opisuję w książce – jak wyglądało miejsce narodzenia Jezusa. Bo nie wyglądało tak, jak nam się wydaje, kiedy oglądamy piękne bożonarodzeniowe kartki: drewniana stajenka, śnieg, choineczki dookoła.
Jezus narodził się wśród zwierząt, ale w tamtych realiach to nie była drewniana stajnia, tylko kamienna grota. Cały region Judei jest bardzo kamienisty, jest tam mnóstwo naturalnych grot, które ludzie wykorzystywali jako stajnie. Swoje domy budowali albo obok nich, albo nad nimi.
To też zresztą znamy z Ewangelii: trzeba wybudować dom na skale. Oni do dzisiaj tak robią. Więc mamy tutaj takie podobieństwo: to, co dla nas symboliczne, dla nich jest dosłowne.
Warto również zwrócić uwagę na żydowskie zasady związane z czystością rytualną. Możemy z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że kobiety w tamtych czasach często rodziły w tych grotach. Te kamienie dobrze zachowują temperaturę – chłodzą w lecie, grzeją w zimie. Warunki w grocie były więc ubogie, ale w tamtych czasach często nie było alternatywy. Bardzo możliwe, że Maryi towarzyszyły inne kobiety, a Józef już niekoniecznie, właśnie ze względu na te przepisy.
Nie chcę jednak walczyć z tymi pięknymi bożonarodzeniowymi kartkami, bo jest w nich dużo ciepła. To, co jest w nich najpiękniejsze, to właśnie miłość. Pokazują też skromność tego miejsca, w którym narodził się Mesjasz. Pod tym względem są więc prawdziwe.
Ale warto znać kontekst, żeby później, kiedy przyjeżdża się do Betlejem, rozumieć, dlaczego jest tam grota. Spotkałam się nawet z zarzutami, że ta grota to jakiś wymysł komercyjny – bo jak to grota, skoro przecież w głowie mamy obraz stajenki.
Nawet pod względem geograficznym czy językowym wiele rzeczy z Biblii nadal jest obecnych na Bliskim Wschodzie. W Biblii opisany jest na przykład wiatr ze wschodu, który w języku arabskim nazywa się chamsini. To wiatr, który wieje pięćdziesiąt dni. Do dzisiaj im tam wieje i tak samo się nazywa. To takie burze piaskowe, po których trzeba czyścić wszystkie okna, bo wszędzie wchodzi piasek.
To wszystko jest blisko. I to na pewno buduje w tych ludziach poczucie przywiązania i przynależności: my stąd jesteśmy.
Ponad dziesięć wyznań i mieszane rodziny.
P.M.: Ile jest tam w sumie denominacji?
S.H.: Będzie ich ponad dziesięć.
Zacznijmy od kościoła rzymskokatolickiego, który tam nazywa się kościołem łacińskim. Ale są też katolickie obrządki wschodnie: maronicki, greckokatolicki, chaldejski, koptyjski i syryjski kościół katolicki. Później mamy prawosławnych – bizantyjskich, syryjskich, koptyjskich – jest też kościół ormiański. Jeżeli chodzi o wspólnoty protestanckie, w Betlejem mamy zbór baptystów i luteran.
P.M.: To trochę jak u nas w Wiśle, gdzie zarejestrowanych denominacji jest dwanaście. Jak wygląda życie między nimi w Betlejem? Rodziny są mieszane?
S.H.: Tak, bardzo. Tak jak u nas, na Śląsku Cieszyńskim, też jest to powszechne.
Rodzina mojego męża jest katolicko-prawosławna. Od strony mamy jest jeden wujek prawosławny, który ma ciocię luterankę. I nawet ta ciocia ma kuzyna biskupa i ten biskup nie ma problemu z tym, że ona wyszła za chrześcijanina prawosławnego.
Moim zdaniem bardzo pomaga im to, że są w mniejszości. Pod względem poczucia jedności jestem pewna, że gdyby byli religią dominującą, byłoby więcej kłótni: „my jesteśmy tacy, a wy jesteście tacy”.
S.H.: Chrześcijaństwu jest najłatwiej być tym, czym powinno być, kiedy jest w mniejszości. Coś w tym jest.
„Odpowiedzią na to wszystko jest normalność”
P.M.: Chrześcijanie w Betlejem od wieków są częścią tego miejsca, ale ich liczba maleje. Dlaczego ludzie wyjeżdżają?
S.H.: Najczęściej wskazywanym powodem są bardzo proste rzeczy. Młode małżeństwo ma małe dzieci i chce, żeby wzrastały w pewnej normalności, żeby miały jakieś perspektywy.
Nie chodzi tylko o to, żeby miały fajną pracę. Chodzi o normalne życie, poczucie, że nie żyjemy w perspektywie tego, że na przykład nasza wioska będzie wysiedlona.
Na Zachodnim Brzegu przejmowane są miejscowości, również chrześcijańskie, przez osadników izraelskich. I pomimo tego, jak rozwinięte jest wojsko, policja i cały aparat państwowy w Izraelu, ci osadnicy nie są powstrzymywani. Można sobie w związku z tym zadać dużo pytań.
Dlatego tak często podkreślam, że jeżeli zależy nam na przetrwaniu tych wspólnot, powinniśmy, zamiast przeciągać linę – kto jest dobry, kto jest zły, kto jest winny – zastanawiać się, jak budować normalność.
I oczywiście ta normalność nie może być tylko dla chrześcijan. To musi być normalność dla muzułmanów i dla żydów, dla wszelkich innych osób wierzących i niewierzących. To jest po prostu normalność dla wszystkich.
P.M.: To może uratować te wspólnoty.
S.H.: Może nawet wtedy pojawiłyby się ruchy powrotu. Ci ludzie żyją na emigracji, ale bardzo wielu z nich odczuwa tęsknotę i pragnienie powrotu, przekazania dzieciom tej głębi i tych korzeni. Oni są z tego bardzo dumni.
P.M.: A wierzysz, że chrześcijanie w Betlejem przetrwają?
S.H.: Ja myślę, że tak. Wierzę, że tak.
„Od tych lekkich ciekawostek do tej głębi”
P.M.: A na który z aspektów codzienności kładziesz w książce największy nacisk?
S.H.: Najwięcej miejsca poświęciłam na opis życia codziennego: zwykły dzień, ale też świętowanie – nie tylko Bożego Narodzenia, ale również innych świąt w ciągu roku. Jest szkolnictwo, kultura, kuchnia, muzyka, język arabski.
Są też rzeczy typowo społeczne. Na przykład obyczaje związane z zakładaniem rodziny, bo tam ślub jest najważniejszym wydarzeniem w życiu i towarzyszy mu naprawdę bardzo dużo rodzinnych procedur. Mają na przykład dwa etapy zaręczyn. I nawet zaręczyny są wydarzeniem rodzinnym – to nie jest tylko sprawa między młodymi.
To wszystko jest ciekawe, ale myślę, że najważniejsza część książki jest pod koniec: świadectwo wiary.
Nie takie właśnie lukrowane, cukierkowe. Tylko takie, które pokazuje, jak sytuacja ekonomiczna, polityczna, ale też kwestie teologiczne związane z Ziemią Świętą, Izraelem i Palestyną wpływają na tych ludzi.
Bo to z jednej strony może zachwiać wiarą. Człowiek zaczyna pytać: czy to wszystko, co jest napisane w Biblii, w ogóle jest prawdą, skoro tyle problemów z tego wynika? Już nie mówiąc o pytaniach o niesprawiedliwość: dlaczego Bóg nie odpowiada? A może odpowiada, tylko człowiek nie chce na to przystać?
W książce udało mi się zawrzeć kilka konkretnych sytuacji, w których naprawdę mnie z nóg zwalało świadectwo wiary i nadziei tych ludzi.
Bardzo mnie cieszy to, że udało mi się tak skonstruować opowieść w tej książce – od lekkich ciekawostek do tej głębi.
„Nie jest to głos obiektywny”
P.M.: Dla kogo właściwie jest ta książka?
S.H.: Na pewno dla wszystkich, których ciekawi Betlejem, nawet jeżeli tam nie byli. Ale też nie tylko Betlejem, a ogólnie świat chrześcijan Bliskiego Wschodu. Betlejem jest genialnym wręcz przykładem, takim oknem na świat chrześcijański.
Myślę, że to jest też dobry głos dla tych, którym przeszkadza polaryzacja wokół tego, co dzieje się w Ziemi Świętej: podział na obozy proizraelski i propalestyński, to ciągłe przeciąganie liny i przerzucanie się argumentami.
Od razu jednak mówię: to nie jest głos obiektywny. To jest głos palestyński.
Palestyńscy chrześcijanie nie mają żadnej taryfy ulgowej ze strony Izraela za to, że są chrześcijanami. Ponoszą konsekwencje związane z okupacją i dyskryminacją. Do tego dochodzi kwestia teologiczna, bo palestyńscy chrześcijanie czytają Biblię i bardzo ich boli, kiedy teologia jest wykorzystywana przeciwko nim.
Ale to, co uważam za ważne w ich postawie, to wnioski, które z tego doświadczenia płyną. Wnioski wynikające z Ewangelii i przykazania miłości.
Nauczyłam się od nich, że szukanie dobra dla wszystkich ludzi nie musi oznaczać robienia matematycznej, wręcz excelowej tabelki: kto bardziej cierpi, kto jest bardziej winny, kto powinien zrobić więcej kiedyś, a kto powinien zrobić więcej teraz.
Z doświadczenia palestyńskich chrześcijan wypływa inny wniosek: co możemy zrobić? O co powinniśmy walczyć i jak?
To absolutnie nie jest rezygnacja ze swojej godności ani ze swojego prawa do życia w ojczyźnie. A z drugiej strony przykazanie miłości nakłania nas, żeby osobę, która nas – mówiąc delikatnie – denerwuje, również objąć chrześcijańską miłością.
Naprawdę trudne położenie. Trudno jest być palestyńskim chrześcijaninem.
Myślę jednak, że ta książka jest dla osób, które chcą przynajmniej zapoznać się z czymś innym niż ta polaryzacja.
Książkę Sylwii można zamówić m.in. bezpośrednio na stronie Fundacji Światło Wschodu. Do 29 września 2026 trwa przedsprzedaż.



