Skip to main content

Patrycjusz Miazgowski.: Wyobraźmy sobie, że przyjechałem do Cieszyna i nigdy wcześniej nie słyszałem o Anielskim Młynie. Czym właściwie on jest?

Artur Cygan-Poraziński „Dragon”: Powstał z potrzeby mojej i kilku przyjaciół. Chcieliśmy mieć wspólną przestrzeń do rozwoju i do bycia razem. Na początku chodziło głównie o muzykę. Jako wolontariusze, wtedy jeszcze z rybnickim Stowarzyszeniem Azyland, organizowaliśmy warsztaty w domach dziecka, koncerty w zakładach karnych i jeździliśmy po całym Śląsku. W końcu stwierdziliśmy, że w Cieszynie zrobimy takie miejsce, w którym można się spotykać i sobie grać. Miejsce, w którym instrumenty są na stałe, nie trzeba ich dźwigać i ludzie mogą przychodzić do nas, a my nie musimy jeździć za nimi.

Nie każdy może mieć w domu perkusję. Nie każdy gitarzysta ma bas, żeby pograć z innymi. U nas te instrumenty są na miejscu. Można po prostu przyjść i tworzyć. Po jakimś czasie okazało się jednak, że ta bezpieczna przestrzeń nie służy tylko rozwojowi. Relacje międzyludzkie mogą leczyć.

P.M.: Mówisz o „bezpiecznej przestrzeni”. Co to właściwie znaczy?

D.: Klub muzyczny jest formalnie klubem zamkniętym, ale nie po to, żeby kogokolwiek wykluczać. Chodzi o to, żeby chronić ludzi. Mamy prostą zasadę: ci lepsi nie krytykują słabszych, tylko ich wspierają. Kobiecie zmagającej się z depresją bardzo trudno podejść do mikrofonu i zaśpiewać przed obcymi. Gdyby usłyszała z sali: „fałszujesz”, prawdopodobnie już nigdy więcej by nie zaśpiewała. U nas każdy ma prawo próbować.

P.M.: Czy mógłbyś zamknąć misję Fundacji Anielski Młyn w kilku zdaniach?

D.: Nie. (śmiech)

P.M.: Świetnie!

D.: Poszerzanie bezpiecznej przestrzeni do rozwoju.

P.M.: Bo dziś fundacja to już jednak znacznie więcej niż klub muzyczny…

D.: Tak. Klub jest sercem całej fundacji, ale wokół niego powstały kolejne działania.

Tworzymy ogród terapeutyczno-edukacyjny dla osób doświadczających przemocy. Jest pracownia artystyczna, stolarnia, miejsce do pracy w ogrodzie. Seniorzy mają swoje tunele foliowe i przychodzą tam robić to, co lubią. Przy ulicy Srebrnej powstaje Warsztatownia dla dzieci i młodzieży – miejsce warsztatów, ale też zwykłego odpoczynku. Chcemy, żeby można tam było po prostu przyjść, usiąść, poczytać książkę, pograć w planszówki, a czasem zwyczajnie się ponudzić. Prawdopodobnie nawet nie będzie Wi-Fi.

P.M.: Choć rozmawiamy o całej fundacji, zacznijmy od kultury. Jak wspieracie lokalnych twórców?

D.: Koszula ciału najbliższa. Tworzymy to miejsce przede wszystkim dla swoich przyjaciół i ludzi stela. Oczywiście, grali u nas muzycy z Brazylii, Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Czech, ale najważniejsze jest dla nas wspieranie cieszyńskiej sceny.

Wydaliśmy dwie płyty „Cieszyńskiej Kroniki Muzycznej”, na których promowaliśmy lokalne zespoły. Organizujemy koncerty, udostępniamy salę prób, pomagamy w nagraniach. Kiedyś policzyłem, że w ciągu pierwszych dziesięciu lat działalności w Anielskim Młynie powstało osiem zespołów.

P.M.: To chyba daje sporo satysfakcji.

D.: Jasne. Człowiek zawsze ma swoich faworytów. Dziś najbardziej kibicuję The Moons, wcześniej był Lethal Stab czy Demontaż. Mamy możliwość promowania naszych zespołów także poza Cieszynem. Współpracujemy z festiwalem w Opawie i ze Slot Art Festival. W Opawie organizowaliśmy również wystawy Cieszyńskiego Towarzystwa Fotograficznego. Po prostu zależy nam na cieszyńskości. Nieskromnie mówiąc – żyjemy w najlepszym mieście na świecie i chcemy się tym cieszyć.

P.M.: Jak dziś oceniasz życie kulturalne w Cieszynie? Potrzebuje ratunku czy raczej odrobiny wsparcia?

D.: Jest dużo lepiej niż dziesięć lat temu. Pamiętam czasy, kiedy naprawdę bardzo trudno było zorganizować koncert. Chodziło się, prosiło i ciągle się nie dało. Dzisiaj wiele się zmieniło. Pojawili się ludzie, dzięki którym kultura dostała trochę powietrza. W końcu da się coś zrobić.

P.M.: A młodzi ludzie nadal chcą tworzyć?

D.: Chcą, choć po covidzie sporo się zmieniło. Przez jakiś czas wiele osób działało samotnie – z looperem, komputerem, nagrywając wszystko samemu. Teraz znowu zaczynają powstawać zespoły i bardzo mnie to cieszy.

Mam jednak wrażenie, że ciągle brakuje przestrzeni, w której młodzi mogliby się spotykać, wymieniać doświadczeniami i wzajemnie motywować. My próbujemy taką przestrzeń tworzyć. Dlatego uruchomiliśmy również studio nagrań. Chcemy nie tylko udostępniać salę prób, ale pomagać lokalnym muzykom nagrywać i promować ich twórczość.

P.M.: Jest też „Dobra Robota”. Czym ten projekt różni się od innych inicjatyw skierowanych do osób w kryzysie bezdomności?

D.: Większość znanych mi organizacji skupia się na pomocy doraźnej albo na finansowym aspekcie bezdomności. My podchodzimy do tego trochę inaczej. Jestem terapeutą holistycznym i dla mnie bezdomność nie jest przede wszystkim problemem finansowym. To problem emocjonalny. Chcemy stworzyć przestrzeń, w której można te emocje leczyć. Dobra Robota nie powstała po to, żeby zarabiać pieniądze. Powstała po to, żeby człowiek znowu poczuł się potrzebny.

P.M.: Na czym to polega w praktyce?

D.: Dostajemy zlecenia od miasta i od osób prywatnych. Mamy swój sprzęt – miotły, łopaty, kosiarki, kosy spalinowe – i zapraszamy do pracy osoby w kryzysie bezdomności. Pracują tyle, ile chcą i tyle, ile są w stanie zrobić. Nie rozliczamy godzin, tylko efekt. Nie ma presji ani poganiania. Co ważne, pieniądze wypłacamy od razu po zakończeniu pracy.

Poznałem wielu ludzi, którzy w przeszłości byli oszukiwani przez pracodawców. Jeśli ktoś kilka razy z rzędu nie dostał wynagrodzenia, to w końcu zaczyna wierzyć, że praca nie ma sensu. My chcemy ten schemat odwrócić. Dlatego wypłata jest natychmiast. Pracujesz – dostajesz wynagrodzenie.

P.M.: To jednak coś więcej niż tylko praca.

D.: Tak. Każdy z nas, kiedy ma dość, może zamknąć się w swoim pokoju, założyć słuchawki i po prostu pobyć sam. Wielu ludzi żyjących na ulicy nie miało takiej chwili od lat.
Na naszej działce jest mały domek. Zapraszamy do niego najbardziej zaufane osoby. Mogą tam spędzić dobę. Trochę popracować przy ogrodzie, coś zrobić w stolarni, podlać kwiaty. A przez resztę czasu… mogą po prostu być. Przespać się. Posłuchać ptaków. Posiedzieć nad strumykiem. To może wydawać się drobiazgiem, ale dla wielu osób jest pierwszą od dawna okazją, żeby spotkać się z samym sobą.

P.M.: Masz jakąś historię, którą szczególnie zapamiętałeś?

D.: Wiesz co, każda jedna jest szczególna. Ale… chyba nie. Ludzie, którzy będą to czytać, mogą rozpoznać siebie w tych historiach, a nie dali mi pozwolenia. Nie będę łapał publiczności na wzruszające historie. W Anielskim Młynie tak nie robimy. Nie chwalimy się krzywdą naszych beneficjentów.

P.M.: Nad czym teraz najbardziej pracujecie?

D.: Pomysłów jest więcej niż rąk do pracy. Rozwijamy studio nagrań, żeby jeszcze lepiej wspierać lokalnych muzyków. Powstaje wcześniej wspomniana Warsztatownia przy ulicy Srebrnej, . Rozwija się Szkoła Rocka. Czekamy na moment, kiedy dzieciaki zaczną zakładać własne zespoły. Będziemy mogli je nagrywać, promować i organizować im koncerty.

Na działce rozwijamy ogród terapeutyczno-edukacyjny. Chcemy też coraz mocniej współpracować z seniorami. Samotność w starszym wieku to problem, o którym mówi się zdecydowanie za mało. Tak naprawdę ciągle robimy to samo. Tylko bezpieczna przestrzeń robi się coraz większa.

P.M.: Jak można włączyć się w działania fundacji?

D.: Najprościej – przyjść i nas poznać. Zapraszamy do klubu, na koncerty, warsztaty, do Warsztatowni. Można zostać wolontariuszem, wesprzeć nas przez Patronite albo po prostu przyjść z własnym pomysłem. Kiedy zaczynaliśmy dwanaście lat temu, niewiele mogliśmy. Dzisiaj możliwości mamy naprawdę szerokie. Najbardziej brakuje ludzi, którzy pomogliby te wszystkie pomysły realizować.

P.M.: Na koniec pytanie bardziej osobiste. Pamiętam słowa koleżanki z liceum: „Dragon? Dragonem to matki spórne dziecka straszyły.”…

D.: (śmiech) Nie ukrywam, że mam chuligańską przeszłość.

P.M.: Właśnie. Nieco starsi mieszkańcy Cieszyna mogą Cię kojarzyć właśnie z tamtego okresu. Co się zmieniło?

D.: Wiesz co, miałem taki moment w życiu, kiedy poważnie załamało mi się zdrowie i bardzo dotknęła mnie wtedy świadomość, że przeżyłem życie i narobiłem ileś tam głupot. Sam się fajnie pobawiłem, ale nic konkretnego po mnie nie zostaje. I narodziła się jakaś taka potrzeba, żeby to życie nie poszło na marne, żeby coś fajnego po sobie zostawić.

Zdaję sobie sprawę z talentów nabytych poprzez te wszystkie przeżycia, które do teraz są ze mną. Dlatego zdecydowałem się pracować z tym elementem najbardziej odrzuconym, najbardziej zepchniętym na margines. Tam, gdzie już mało kto rozumie, mało kto chce wspierać. Ze świadomością, że nikt nie będzie doceniał tych małych osiągnieć.

Bo takich rzeczy się nie oklaskuje. Bo te zmiany są bardzo niewielkie, nie są widoczne z zewnątrz. O nich wie bezdomny, który się spotkał z tą dawką miłości. Wszystkie problemy bezdomności i tak dalej, to jest brak miłości. Tak w skrócie. I tę miłość tam trzeba zanieść. Wybrałem właśnie takie środowisko. bo tam jest chyba największa potrzeba, a zdaję sobie sprawę z tego, że jestem odpowiednim narzędziem do takiej pracy.

Chcesz dowiedzieć się więcej?

Odwiedź nową stronę Fundacji Anielski Młyn

Przestrzeń dla wszystkich, którzy chcą odnaleźć w sobie pasję albo podzielić sie już odkrytą.

AnielskiMlyn.Cieszyn.pl